Kochani moi, nawet nie wiem, jak wyrazić to, co czuję. Każdy koncert jest jedyny i niepowtarzalny i każdy z nich na swój sposób wyjątkowy. Byłam już na dwóch takich wielkich występach i na jednym festiwalu muzycznym i z każdym z tych wydarzeń mam jakieś szczególne wspomnienia, związane tylko z nim.
Nie inaczej było tym razem. Było... magicznie? Cudownie, niepowtarzalnie, ciepło (nie tylko z powodu temperatury rozgrzanych i spoconych ciał skaczących dookoła) i intymnie. Taki mały koncercik dla fanów Garbage z Polski, bo przecież nie ma w naszym kraju zbyt wielu ich fanów (pomińmy kwestię tego, że z Gdańska niewiele osób ma ochotę jechać do Krakowa). No i tutaj pierwsze zaskoczenie - praktycznie tylko 1/3 publiczności pochodziła stąd. Reszta - z różnych części świata: była więc Argentyna, Anglia, Włochy... (Flaga tego pierwszego państwa obok naszej własnej to też niecodzienne przeżycie) Dobrze, że muzyka potrafi tak jednoczyć ludzi, bez względu na wiek czy język, którym mówimy, prawda? Z drugiej jednak strony zastanawiam się nad tym, jak obcokrajowcom opłacało się przyjeżdżać z tak daleka (ja narzekałam na Kraków, a mieszkam w Łodzi...)?
Druga sprawa - klub, w którym zagrało dla nas Garbage. Początkowo miała to być Hala Wisły, później zmieniono na o wiele mniejszy klub Kwadrat (czyżby problemy ze sprzedażą biletów?). Obawiałam się, że zostanę zmiażdżona i zdeptana, a później będę narzekać, ale nie chciałam od razu nastawiać się do tego negatywnie. Wprawdzie później i tak zostałam skopana i zmiażdżona, ale nie mówię, że się nie opłacało - zresztą sama chyba dałam się we znaki paru osobom stojącym najbliżej ;p
Co mogę powiedzieć o samym koncercie? Wspaniały. Idealny. Po prostu wymarzony. Coś w rodzaju Gunsów na początku ich kariery - mały klubik, zbite kłęby ciał i gorąca temperatura, zmysłowe oświetlenie i super zespół na scenie (no, o wiele delikatniejszy). Shirley to doskonała wokalistka - zero playbacku, głos w formie, doskonały kontakt z publicznością (tak że miało się wrażenie, że patrzy TYLKO i wyłącznie na Ciebie i nikt nie mógł poczuć się pominięty), wychwalanie piękna Krakowa i dużo radości, a także nikczemny śmiech, który rozbawił całą publikę... No i zespół - zachowywali sie tak naturalnie i luźno, a na dodatek nadali rockowego brzmienia bardziej elektronicznym kawałkom... Cudo! A Duke Erikson, nie wstyd mi to przyznać, znów podbił me serce i mogłam zakochać się na nowo. Zwłaszcza jego wybitny popis wokalny na koniec sprawił, że aż się zatrzęsłam... ze śmiechu! :D Kochany facet! I Butch, tak dumny ze swojego kolegi, wskazywał go z wielką radością. <3
Koncert najlepszy w moim życiu! Kameralne występy zawsze są najlepsze. I najbardziej zapadają nie w pamięci, a w... sercu własciwie. :)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz