Nienawidzę, kiedy ktoś pokłada we mnie nadzieje. Miłe uczucie, ale jednak w pewnym sensie niewygodne. Lubię, kiedy jest już po wszystkim i wiem, że wykonałam swoje zadanie właściwie. Tylko tu pojawia się problem... W niektórych wypadkach takie ocenianie może trwać całe lata, a jedno najdrobniejsze potknięcie może nas sporo kosztować. Chciałabym być warta pokładania nadziei. Chciałabym, żeby ludzie byli ze mnie dumni.
Oglądałam dzisiaj Oscary. 1,5 godziny snu i zaraz potem do szkoły. Smutne uczucie, kiedy kładziesz się spać, a chwilę później dzwoni budzik. Łóżko jeszcze nigdy nie przyciągało mnie tak mocno jak dzisiejszego poranka. I chociaż nie zliczę osób, które powtarzały mi dokładnie tę samą kwestię - "Ale czy w ogóle warto było?!" - muszę się z nimi nie zgodzić i powiedzieć jasno: było warto. Kocham tę chwilę. Niby wszystko wyreżyserowane, ale jednak taki prestiż. Chciałabym zasłużyć na taką słodką nagrodę. Jejku, Oscar byłby wspaniały. Cieszę się, że Anne Hathaway dostała. Należał jej się całkowicie. No i Adele była dla mnie trochę zaskoczeniem, bo przez ten cały czas słyszałam od taty, że Bond nigdy nie miał jakoś specjalnej szansy w tych nagrodach. Cóż... Uważam, że całkiem zasłużona nagroda, aczkolwiek występ Adele na gali wypadł dosyć słabo na tle innych. A szkoda, taki potencjał zmarnowany przez tremę...
poniedziałek, 25 lutego 2013
sobota, 23 lutego 2013
It's not you, it's me
Przyszedł w moim życiu taki okres, w którym zaczynam zastanawiać się, jakim powinnam być człowiekiem. Nie wiem, co za tym stoi, ale analizuję każde zachowanie ludzi dookoła, sprawdzam swoje odruchy i reakcje, cały czas starając się unikać błędów. Kim właściwie jestem? Myślałam nad podziałem na dwie części - jedna jest tą słodszą, która kocha zakupy, wszystkie te dziewczyńskie rzeczy w stylu "Plotkary" i tak dalej; druga natomiast przeważa we mnie chyba częściej i jest moją rockową stroną, która chce zaszaleć, zrobić coś niebezpiecznego i marzy o wspaniałym facecie z długimi włosami, tatuażami, najlepiej z gitarą lub basem (zauważyliście, że basiści są strasznie seksowni?), który ma za sobą mroczną przyszłość, ale jednak potrafi pokazać swoje słodkie oblicze.
Po drugie - otoczenie. Cały czas je obserwuję i zauważam niepokojące zmiany w swoim pokoleniu, które coraz bardziej mnie przerażają. Nie chcę być pesymistką ani nic, nie chcę też być uważana za ograniczoną konserwatystkę, bo to nie o to chodzi, ale zachowanie ludzi schodzi na psy. Smutne, ale prawdziwe. Dzieci internetu śmieją się z głupich rzeczy, porozumiewają przez super wypasione komórki, zamiast zeszytów używają tabletów. No i już w ogóle nie wychodzą z domu, jeśli nie ma takiej potrzeby - chyba że jest impreza i kumpel postawi jakąś porządną wódkę. Dobra, darujmy sobie burżuazję - jeśli postawi jakąkolwiek wódkę, będę w stanie wyjść z domu.
Nie chcę narzekać, nie taki jest mój cel. Moje posty są tu tylko po to, bym mogła rozważać swoje życie i wypowiadać się w różnych kwestiach. Chcę dać upust emocjom i po prostu rozważyć wszystko, co siedzi w mojej głowie. Nie potrafię pięknie opowiadać - moją mocną stroną są słowa. Pisane. Mogłabym myśleć przez godzinę, a i tak nie byłabym w stanie wygłosić krótkiej przemowy bez potykania się między słowami, bezsensownego machania rękoma w celu ukazania czegoś albo dłuższych przerw. Potrafię natomiast wyrażać swoje myśli na kartce papieru - wystarczy, że o czymś pomyślę, a moje palce same wystukują na klawiaturze to, co siedzi w mojej głowie. Ot tak, bez najmniejszego problemu. Nie twierdzę, że mam jakiś talent, chcę tylko powiedzieć, że łatwiej porozumiewać mi się w taki sposób.
Chciałabym przeżyć swoje życie jak najlepiej. Moim źródłem napędowym jest muzyka - to ona sprawia, że mam siłę na cokolwiek, to ona pomaga mi, kiedy jest naprawdę źle. Nawiązuję niezwykły kontakt z wykonawcą, ponieważ kiedy śpiewa o sprawach, które w danym momencie mnie dotyczą, czuję, jak gdybym znała tę osobę od lat. Nawet nie wiem, jak by to było, gdyby tego wszystkiego nie było. Zostałby mi Facebook. No i Twitter. To by mi szczęścia nie dało.
Po drugie - otoczenie. Cały czas je obserwuję i zauważam niepokojące zmiany w swoim pokoleniu, które coraz bardziej mnie przerażają. Nie chcę być pesymistką ani nic, nie chcę też być uważana za ograniczoną konserwatystkę, bo to nie o to chodzi, ale zachowanie ludzi schodzi na psy. Smutne, ale prawdziwe. Dzieci internetu śmieją się z głupich rzeczy, porozumiewają przez super wypasione komórki, zamiast zeszytów używają tabletów. No i już w ogóle nie wychodzą z domu, jeśli nie ma takiej potrzeby - chyba że jest impreza i kumpel postawi jakąś porządną wódkę. Dobra, darujmy sobie burżuazję - jeśli postawi jakąkolwiek wódkę, będę w stanie wyjść z domu.
Nie chcę narzekać, nie taki jest mój cel. Moje posty są tu tylko po to, bym mogła rozważać swoje życie i wypowiadać się w różnych kwestiach. Chcę dać upust emocjom i po prostu rozważyć wszystko, co siedzi w mojej głowie. Nie potrafię pięknie opowiadać - moją mocną stroną są słowa. Pisane. Mogłabym myśleć przez godzinę, a i tak nie byłabym w stanie wygłosić krótkiej przemowy bez potykania się między słowami, bezsensownego machania rękoma w celu ukazania czegoś albo dłuższych przerw. Potrafię natomiast wyrażać swoje myśli na kartce papieru - wystarczy, że o czymś pomyślę, a moje palce same wystukują na klawiaturze to, co siedzi w mojej głowie. Ot tak, bez najmniejszego problemu. Nie twierdzę, że mam jakiś talent, chcę tylko powiedzieć, że łatwiej porozumiewać mi się w taki sposób.
Chciałabym przeżyć swoje życie jak najlepiej. Moim źródłem napędowym jest muzyka - to ona sprawia, że mam siłę na cokolwiek, to ona pomaga mi, kiedy jest naprawdę źle. Nawiązuję niezwykły kontakt z wykonawcą, ponieważ kiedy śpiewa o sprawach, które w danym momencie mnie dotyczą, czuję, jak gdybym znała tę osobę od lat. Nawet nie wiem, jak by to było, gdyby tego wszystkiego nie było. Zostałby mi Facebook. No i Twitter. To by mi szczęścia nie dało.
poniedziałek, 10 grudnia 2012
Welcome To The Universe
Dobra, to wszystko trochę bez sensu. Błędy, które robimy i tak dalej. I tak się nie nauczymy, prawda? No, chyba że jest się kimś innym niż ja. Okej, zapomnijmy o mnie. Cały czas popełniam jakieś błędy, jeden powoduje ciąg kolejnych pięćdziesięciu. Moje życie przy tym jest takie nudne, że nawet nie mogę powiedzieć, by te pomyłki wprowadzały odrobinę chaosu do mojego życia. Nie, wręcz przeciwnie - wszystko zawsze wygląda tak samo.
Gdybyście mieli napisać do siebie list i otrzymać go dopiero za kilkadziesiąt lat, co byście powiedzieli swojej przyszłej wersji? Upomnielibyście ją, przekazalibyście jakieś nauki życiowe i przypomnielibyście, którą drogą powinniście iść? Czy może zwyczajnie zaczęlibyście sobie żartować z zaistniałej sytuacji? Ja sama nie wiem, co mogłabym napisać w takim liście - byłoby dziwne korespondować ze swoją starszą wersją albo przynajmniej dać jej parę słów z młodości. Przez te kilkanaście lat i tak możemy zrobić wiele głupich rzeczy.
Life sucks. And the only way to stay alive is... Fuck, I don't even know the answer.
Gdybyście mieli napisać do siebie list i otrzymać go dopiero za kilkadziesiąt lat, co byście powiedzieli swojej przyszłej wersji? Upomnielibyście ją, przekazalibyście jakieś nauki życiowe i przypomnielibyście, którą drogą powinniście iść? Czy może zwyczajnie zaczęlibyście sobie żartować z zaistniałej sytuacji? Ja sama nie wiem, co mogłabym napisać w takim liście - byłoby dziwne korespondować ze swoją starszą wersją albo przynajmniej dać jej parę słów z młodości. Przez te kilkanaście lat i tak możemy zrobić wiele głupich rzeczy.
Life sucks. And the only way to stay alive is... Fuck, I don't even know the answer.
sobota, 17 listopada 2012
Only Happy When It Rains
Kochani moi, nawet nie wiem, jak wyrazić to, co czuję. Każdy koncert jest jedyny i niepowtarzalny i każdy z nich na swój sposób wyjątkowy. Byłam już na dwóch takich wielkich występach i na jednym festiwalu muzycznym i z każdym z tych wydarzeń mam jakieś szczególne wspomnienia, związane tylko z nim.
Nie inaczej było tym razem. Było... magicznie? Cudownie, niepowtarzalnie, ciepło (nie tylko z powodu temperatury rozgrzanych i spoconych ciał skaczących dookoła) i intymnie. Taki mały koncercik dla fanów Garbage z Polski, bo przecież nie ma w naszym kraju zbyt wielu ich fanów (pomińmy kwestię tego, że z Gdańska niewiele osób ma ochotę jechać do Krakowa). No i tutaj pierwsze zaskoczenie - praktycznie tylko 1/3 publiczności pochodziła stąd. Reszta - z różnych części świata: była więc Argentyna, Anglia, Włochy... (Flaga tego pierwszego państwa obok naszej własnej to też niecodzienne przeżycie) Dobrze, że muzyka potrafi tak jednoczyć ludzi, bez względu na wiek czy język, którym mówimy, prawda? Z drugiej jednak strony zastanawiam się nad tym, jak obcokrajowcom opłacało się przyjeżdżać z tak daleka (ja narzekałam na Kraków, a mieszkam w Łodzi...)?
Druga sprawa - klub, w którym zagrało dla nas Garbage. Początkowo miała to być Hala Wisły, później zmieniono na o wiele mniejszy klub Kwadrat (czyżby problemy ze sprzedażą biletów?). Obawiałam się, że zostanę zmiażdżona i zdeptana, a później będę narzekać, ale nie chciałam od razu nastawiać się do tego negatywnie. Wprawdzie później i tak zostałam skopana i zmiażdżona, ale nie mówię, że się nie opłacało - zresztą sama chyba dałam się we znaki paru osobom stojącym najbliżej ;p
Co mogę powiedzieć o samym koncercie? Wspaniały. Idealny. Po prostu wymarzony. Coś w rodzaju Gunsów na początku ich kariery - mały klubik, zbite kłęby ciał i gorąca temperatura, zmysłowe oświetlenie i super zespół na scenie (no, o wiele delikatniejszy). Shirley to doskonała wokalistka - zero playbacku, głos w formie, doskonały kontakt z publicznością (tak że miało się wrażenie, że patrzy TYLKO i wyłącznie na Ciebie i nikt nie mógł poczuć się pominięty), wychwalanie piękna Krakowa i dużo radości, a także nikczemny śmiech, który rozbawił całą publikę... No i zespół - zachowywali sie tak naturalnie i luźno, a na dodatek nadali rockowego brzmienia bardziej elektronicznym kawałkom... Cudo! A Duke Erikson, nie wstyd mi to przyznać, znów podbił me serce i mogłam zakochać się na nowo. Zwłaszcza jego wybitny popis wokalny na koniec sprawił, że aż się zatrzęsłam... ze śmiechu! :D Kochany facet! I Butch, tak dumny ze swojego kolegi, wskazywał go z wielką radością. <3
Koncert najlepszy w moim życiu! Kameralne występy zawsze są najlepsze. I najbardziej zapadają nie w pamięci, a w... sercu własciwie. :)
Nie inaczej było tym razem. Było... magicznie? Cudownie, niepowtarzalnie, ciepło (nie tylko z powodu temperatury rozgrzanych i spoconych ciał skaczących dookoła) i intymnie. Taki mały koncercik dla fanów Garbage z Polski, bo przecież nie ma w naszym kraju zbyt wielu ich fanów (pomińmy kwestię tego, że z Gdańska niewiele osób ma ochotę jechać do Krakowa). No i tutaj pierwsze zaskoczenie - praktycznie tylko 1/3 publiczności pochodziła stąd. Reszta - z różnych części świata: była więc Argentyna, Anglia, Włochy... (Flaga tego pierwszego państwa obok naszej własnej to też niecodzienne przeżycie) Dobrze, że muzyka potrafi tak jednoczyć ludzi, bez względu na wiek czy język, którym mówimy, prawda? Z drugiej jednak strony zastanawiam się nad tym, jak obcokrajowcom opłacało się przyjeżdżać z tak daleka (ja narzekałam na Kraków, a mieszkam w Łodzi...)?
Druga sprawa - klub, w którym zagrało dla nas Garbage. Początkowo miała to być Hala Wisły, później zmieniono na o wiele mniejszy klub Kwadrat (czyżby problemy ze sprzedażą biletów?). Obawiałam się, że zostanę zmiażdżona i zdeptana, a później będę narzekać, ale nie chciałam od razu nastawiać się do tego negatywnie. Wprawdzie później i tak zostałam skopana i zmiażdżona, ale nie mówię, że się nie opłacało - zresztą sama chyba dałam się we znaki paru osobom stojącym najbliżej ;p
Co mogę powiedzieć o samym koncercie? Wspaniały. Idealny. Po prostu wymarzony. Coś w rodzaju Gunsów na początku ich kariery - mały klubik, zbite kłęby ciał i gorąca temperatura, zmysłowe oświetlenie i super zespół na scenie (no, o wiele delikatniejszy). Shirley to doskonała wokalistka - zero playbacku, głos w formie, doskonały kontakt z publicznością (tak że miało się wrażenie, że patrzy TYLKO i wyłącznie na Ciebie i nikt nie mógł poczuć się pominięty), wychwalanie piękna Krakowa i dużo radości, a także nikczemny śmiech, który rozbawił całą publikę... No i zespół - zachowywali sie tak naturalnie i luźno, a na dodatek nadali rockowego brzmienia bardziej elektronicznym kawałkom... Cudo! A Duke Erikson, nie wstyd mi to przyznać, znów podbił me serce i mogłam zakochać się na nowo. Zwłaszcza jego wybitny popis wokalny na koniec sprawił, że aż się zatrzęsłam... ze śmiechu! :D Kochany facet! I Butch, tak dumny ze swojego kolegi, wskazywał go z wielką radością. <3
Koncert najlepszy w moim życiu! Kameralne występy zawsze są najlepsze. I najbardziej zapadają nie w pamięci, a w... sercu własciwie. :)
poniedziałek, 12 listopada 2012
The Story
W człowieku jest tyle emocji i uczuć, niestety często ze sobą sprzecznych... Jesteśmy skomplikowanymi istotami, to fakt, ale czy nie prawdą jest to, że odkrywanie prawdy i różnych tajemnic o sobie samym może być ekscytujące?
Zaczęłam poznawać siebie. Na nowo. Liceum to zupełnie inna bajka niż ta, w której żyłam do tej pory, i myślę, że to właśnie ten wiek, w którym człowiek zaczyna dokładnie wszystko analizować. W każdym razie ja tak mam, a zwracam uwagę praktycznie na wszystko, co tylko czyni ze mnie doskonałego obserwatora. Jako "artysta" (pozwólcie mi nazywać tak siebie, jako że każdy, kto tworzy, ma w sobie coś z artysty) wszystko odczuwam mocniej i mam pewne zdolności do przeżywania choćby najdrobniejszej sytuacji. Prawda jest taka, że możemy cieszyć się z każdej małej rzeczy, choćby z ponownego usłyszenia piosenki, która kiedyś sporo dla nas znaczyła. Z czyjegoś uśmiechu czy spojrzenia, ze zwykłego spotkania w gronie właściwych osób albo nawet z powodu głupiej trójki plus ze sprawdzianu z chemii, po którym spodziewaliśmy się jak najgorszych wieści.
Zło i smutek otacza nas ze wszystkich stron. Ważne jest jednak, by mieć siłę napędową, która pozwoli nam przeżyć kolejne dni i da ochronę przed negatywnymi uczuciami przynajmniej na krótki czas. Moją siłą napędową są przyjaciele - ci prawdziwi. Nie jacyś tam znajomi z nowej szkoły, klasy czy podwórka. Nie oznacza to jednak, że oni też nie odgrywają jakiejś tam roli w naszym życiu. Tu liczą się jednak ludzie, którzy zrobiliby dla Ciebie wszystko, a także którzy potrafią porzucić własne sprawy, by móc być przy Tobie w trudnych chwilach.
Nie chciałam być źle postrzegana przez otoczenie. Teraz jednak, kiedy poczyniłam pewne postępy w dostrzeganiu niektórych rzeczy, nie boli mnie to tak bardzo jak wcześniej. Nieważne, jak wielu ma się znajomych, którzy zwracają na ciebie czasami uwagę, nie chodzi o to, by każdy nas lubił, prawda? Liczy się to, że są gdzieś na tym świecie osoby, u których zajmuje się spore miejsce w życiu czy sercu. To wszystko, co wystarcza do szczęścia. A jeśli nie można być w danym otoczeniu sobą (bez żadnej maski!), wtedy coś jest nie tak, a my zaczynamy dusić się, bo brakuje nam przestrzeni i mamy dosyć tego, czym się staliśmy.
No, to chyba tyle przemyśleń na dzisiaj. I tak nie jestem w stanie wyrazić tu tego, co naprawdę dzieje się w mojej głowie... (Czy to nie znak, że kiepska ze mnie pisarka?)
Zaczęłam poznawać siebie. Na nowo. Liceum to zupełnie inna bajka niż ta, w której żyłam do tej pory, i myślę, że to właśnie ten wiek, w którym człowiek zaczyna dokładnie wszystko analizować. W każdym razie ja tak mam, a zwracam uwagę praktycznie na wszystko, co tylko czyni ze mnie doskonałego obserwatora. Jako "artysta" (pozwólcie mi nazywać tak siebie, jako że każdy, kto tworzy, ma w sobie coś z artysty) wszystko odczuwam mocniej i mam pewne zdolności do przeżywania choćby najdrobniejszej sytuacji. Prawda jest taka, że możemy cieszyć się z każdej małej rzeczy, choćby z ponownego usłyszenia piosenki, która kiedyś sporo dla nas znaczyła. Z czyjegoś uśmiechu czy spojrzenia, ze zwykłego spotkania w gronie właściwych osób albo nawet z powodu głupiej trójki plus ze sprawdzianu z chemii, po którym spodziewaliśmy się jak najgorszych wieści.
Zło i smutek otacza nas ze wszystkich stron. Ważne jest jednak, by mieć siłę napędową, która pozwoli nam przeżyć kolejne dni i da ochronę przed negatywnymi uczuciami przynajmniej na krótki czas. Moją siłą napędową są przyjaciele - ci prawdziwi. Nie jacyś tam znajomi z nowej szkoły, klasy czy podwórka. Nie oznacza to jednak, że oni też nie odgrywają jakiejś tam roli w naszym życiu. Tu liczą się jednak ludzie, którzy zrobiliby dla Ciebie wszystko, a także którzy potrafią porzucić własne sprawy, by móc być przy Tobie w trudnych chwilach.
Nie chciałam być źle postrzegana przez otoczenie. Teraz jednak, kiedy poczyniłam pewne postępy w dostrzeganiu niektórych rzeczy, nie boli mnie to tak bardzo jak wcześniej. Nieważne, jak wielu ma się znajomych, którzy zwracają na ciebie czasami uwagę, nie chodzi o to, by każdy nas lubił, prawda? Liczy się to, że są gdzieś na tym świecie osoby, u których zajmuje się spore miejsce w życiu czy sercu. To wszystko, co wystarcza do szczęścia. A jeśli nie można być w danym otoczeniu sobą (bez żadnej maski!), wtedy coś jest nie tak, a my zaczynamy dusić się, bo brakuje nam przestrzeni i mamy dosyć tego, czym się staliśmy.
No, to chyba tyle przemyśleń na dzisiaj. I tak nie jestem w stanie wyrazić tu tego, co naprawdę dzieje się w mojej głowie... (Czy to nie znak, że kiepska ze mnie pisarka?)
wtorek, 28 sierpnia 2012
Wakacyjni mistrzowie, czyli co pobiło moje serce wręcz śpiewająco.
Hej, ludziska, dawno nie pisałam, ale to z powodu braku motywacji. Mam prowadzić bloga dla zaledwie jednej osoby, która czyta te moje wypociny? Taa, jasne. No, w każdym razie zebrałam się jakoś, bo mi się nudziło, i piszę teraz o siedmiu zespołach, które trafiły do mnie najbardziej w czasie wakacyjnych wędrówek po świecie muzyki.
7) Silversun Pickups
Rozwodziłam się o nich w jednej, oddzielnej notce, która miała na celu podsumowanie ich całego dorobku muzycznego. Trochę za słabo oceniłam ich pierwszą i ostatnią płytę, jednak po kilku odtworzeniach dostrzegam w nich prawdziwy potencjał i dobry materiał. Pokochałam te piosenki, które wcześniej były dla mnie bez życia, więc uprzedzam, że trzeba poświęcić temu trochę więcej czasu. Nie pożałujecie!
6) Mötley Crüe
Okej, wzięłam się za nich z koleżanką, ot tak, z ciekawości, co to za kapela, która miała na pieńku ze słynnymi Guns N' Roses. Muzyka naprawdę dobra, choć sami ci kolesie wyglądają nieco jak transwestyci (przepraszam, jeśli kogoś obraziłam tymi słowami, to tylko moje luźne spostrzeżenie). Muzyka, moim zdaniem, brzmi, jakby była niedopracowana i surowa, chociaż myślę, że chłopaki włożyli sporo pracy, by brzmiała właśnie w ten, a nie inny sposób. Według mnie piosenki dają kopa, bo są energiczne i naładowana entuzjazmem i zaangażowaniem. Żadnego smęcenia, czyste szaleństwo.
5) The Cult
O tym zespole też pisałam osobną notkę, więc długo mówić nie będę: głos Iana wymiata, a muzyka - dopracowana w każdym szczególe. Choice Of Weapon (najnowsza płyta) + Love to moi absolutni faworyci, ale poza tym panowie dorobili się naprawdę wyśmienitej muzyki.
4) The Killers
Ach, jakże jestem zła, że nie dane było mi ich zobaczyć w tym roku na Coke Live Music Festival. Był ktoś? Hej, jeśli nie znacie ich muzyki, to radzę jak najprędzej się za nią zabrać, bo goście rządzą! Głęboki wokal i idealnie dopasowana linia melodyjna - dla mnie bomba! Oni też dają sporo energii, a przy okazji mają parę mocniejszych kawałków. Dwie pierwsze płyty są dla mnie perfekcyjne, najnowsza natomiast odrobinę gorsza i mniej porywająca, ale, hej, zawsze mogą dopaść nas gorsze dni, nie?
3) Sex Pistols
Ach, absolutny klasyk, kto by o nich nie słyszał? Przyznaję - muzyka oryginalna, specyficzna, ale za to jaka wyjątkowa! Jak to moja kumpela stwierdziła - kiedy pierwszy raz odtworzyła SP, pomyślała, że ktoś usunął wokal i podłożył swój głos. Nie, naprawdę, tak śpiewał wokalista grupy - Johnny Rotten - ale oznajmiam wszem i wobec, że DA SIĘ PRZYZWYCZAIĆ, poważnie. Jasne, z samego początku człowiek jest zaszokowany tą muzyką i może nawet dać sobie z nią spokój, jak ja na przykład, ale wróciłam do tego, tak? Piosenki zapadły mi w pamięć i, jejku, jeszcze nigdy nie słyszałam czegoś tak energicznego i... świeżego. Inspirujące, powaga, radzę sięgnąć po ten niewątpliwie inny klasyk.
2) Three Days Grace
Zasługa kochanej Fresy, że zaczęłam słuchać tego zespołu. Kojarzycie może film Szansa Na Sukces z Hilary Duff? Film zaczyna się bowiem od koncertu tej kapeli, a potem, cóż, wszystko idzie coraz gorzej. W każdym razie... Błagam, jeśli chcecie poznać trochę ich muzyki, nie zaczynajcie od pierwszych płyt. Z czystym sumieniem mogę Wam powiedzieć, że nie jest to zbyt dobre czy ambitne, chociaż sama żałuję, że nie jest inaczej. Moim sercem zawładnął raczej krążek One X, a zaraz po nim Life Starts Now. Dopiero po tym możecie, o ile będziecie jeszcze chcieli, zabrać się za pozostałą twórczość kapeli. No i przypominam o nowym krążku chłopaków, który nadchodzi już niedługo!
1) Van Halen
Nadchodzą lepsze czasy, zaraz później gorsze. Nie wiem, jak podchodzą do tego krytycy, ja natomiast mówię tak: idealny debiut, cudowna płyta z '78 i wspaniałe brzmienie - to właśnie zapewniło takie wybicie się kapeli. Dalsze krążki? Słabsze, ale ujdą w tłoku. Dochodzę do Diver Down i na mojej twarzy znów pojawia się szeroki uśmiech z powodu wybitnego krążka. To właśnie moje dwie ulubione płyty w dorobku Van Halen, chociaż nie mówię, że nie zmienię zdania - zespół ma aż 11 płyt (a właściwie 12 , licząc tę, która wyszła w tym roku!), które ciężko ogarnąć w jeden wieczór. Jedno jest pewne - pokochałam ich muzykę i nie mogę się doczekać, aż przesłucham ich najnowsze dzieło. Pełną relację znajdziecie na blogu, rzecz jasna.
środa, 15 sierpnia 2012
Klucz do katastrofy, czyli jak stworzyć genialny zespół i poprowadzić go do upadku.
Dobra, zastanawiacie się pewnie, co ma znaczyć tytuł posta. Otóż nasza kochana Fresa, której, nawiasem mówiąc, zawdzięczacie ten wspaniały wygląd bloga, bo sama jestem zbyt wielką pierdołą, by zrobić coś choćby w podobie ładnego, zwróciła dziś moją uwagę na problem, nad którym zastanawiało się pewnie już wielu z Was.
Od czego zależy sukces zespołu czy kapeli, jak to niektórzy wolą mówić? Jejku, jakby się nad tym zastanowić, istnieje wiele czynników, nie? Spójrzmy na taki zespół, który jest znany nam wszystkim - Guns N' Roses. Chyba bowiem tylko typowi ignoranci będą twierdzić, że Gunsi nadal trwają; ci, którzy wiedzą, jak jest naprawdę, powiedzą, że to solowy projekt Axla, c'nie?
W każdym razie: można się spierać, w którym momencie zespół rozpadł się tak naprawdę. Wiadomo przecież nie od dziś, że oryginalny skład to: Axl, Slash, Izzy, Duff i Steven. Czy można mówić o rozbiciu zespołu po wyrzuceniu Stevena, który odrobinę za daleko posunął się w ćpaniu? Wielu jednak uważa, że Matta Soruma, który zastąpił perkusistę, można zaliczać do oryginalnych członków, gdyż Adler nie był z zespołem zbyt długo. Jeśli jednak mamy być uczciwi - zespół tworzyła ta piątka, a Sorum doszedł znacznie później, tak jakby wygryzając jednego z 'oryginalnych'.
Jak na razie wszystko jest normalnie - zdaję sobie przecież sprawę z tego, że wiele kapel wywalało członków zespołu z powodu różnych uzależnień, których nie mogli się pozbyć. Cóż, okrutne, ale prawdziwe - taka była wtedy rzeczywistość. No i nie tylko wtedy, dzisiaj też można spotkać się z takimi przypadkami. Dodajmy jeszcze fakt, że nie było dla nich zbyt przyjemnie po wywaleniu Adlera, gdyż nasz mały kolega zaczął spory i niemiłe przygody w sądzie, winiąc swoich byłych przyjaciół o wciągnięcie go w nawyk ćpania, po czym wyrzucenie z zespołu. Tu nie dziwię się chłopakom za niepochlebne wypowiedzi o Stevenie, bo chociaż kocham go za to, jakim był perkusistą i człowiekiem, odrobinę przegiął. Jak powiedział sam Slash: czekali na niego rok, by doprowadził się do porządku i zdołał wyjść z uzależnienia, jednak wszystkie odwyki przerywał, myśląc, że jest prawdziwą gwiazdą rock'n'rolla. W tym momencie naprawdę szkoda mi perkusisty, bo, cóż, wiadomo, że żyli na krawędzi i niestety chłopak trochę zbyt bardzo się w to wciągnął i nie potrafił przyjąć pomocy. Naprawdę smutne zakończenie wspaniałej przygody, którą był dla niego ten zespół i przyjaźń z pozostałymi Gunsami. Mimo to cieszę się, że po tylu latach odnowili kontakty i znowu się przyjaźnią. : )
W międzyczasie dochodzi kolejna rzecz - pieniądze. Tak, chłopaki podpisali kontrakt z wytwórnią Geffen Records i dostali naprawdę sporą zaliczkę, każdy z nich bez wyjątku, której większą część wydali na... tak, na tatuaże i trochę nowych ciuchów. Można by pomyśleć, że kasa zniszczyła odrobinę ich dotychczasowe życie, bo przecież wcześniej żyli na ulicy i często nie mieli nawet co jeść. Nagle dostali trochę pieniędzy i w końcu mogli pozwolić sobie na wszystko. Wydali Appetite For Destruction i powyprowadzali się do swoich własnych mieszkań, apartamentów czy czegoś tam jeszcze i ich wspólne życie się skończyło. Myślę, że od tamtej pory już nie było tak samo jak wcześniej.
Kolejnym czynnikiem według mnie było nastawienie Axla i jego psychoza maniakalno - depresyjna. Głupcem byłby ktoś, kto powiedziałby, że to nieprawda, i że Rudy wcale nie miał w tym żadnego udziału. Prawda jednak jest jaka jest - chłopak miał swoje humory, często groził odejściem, urządzał sceny w najmniej odpowiednich momentach, no i na końcu zaczął gwiazdorzyć tak, że nawet jego kumple mieli go dosyć. Nie pojawiał się na próbach, przy nagrywaniu płyty, często znikał bez żadnej zapowiedzi i robił wielkie halo z byle czego. Jego wybuchowy temperament był nieprzewidywalny - wielu ludzi już po pewnym czasie miałoby dosyć i dałoby spokój, jednak Gunsi jakoś to wytrzymali i było dobrze... póki co.
Zmierzamy już do samego końca opowieści, kiedy to nastąpiła pewna zmiana w ich karierze. Cóż, właśnie na to słowo powinniśmy zwrócić swoją największą uwagę. Kariera? Jaka kariera? Mówimy o zespole, który zaczynał w parszywych klubach, do których przychodziło może kilka osób. Ile razy było tak, że grali przy praktycznie zerowej publice? Ile razy było tak, że zostawali wybuczeni i wywaleni, często nie dostawali zapłaty, bo właściwie dla nikogo się nie liczyli? No i w końcu ile wysiłku musieli włożyć, by ktoś w ogóle ich słuchał? Owszem, zawsze zaczyna się od zera, jestem tego świadoma, jednak... czy nie jest tak, że byli jedną z niewielu kapel, które wybiły się tak na poważnie? O których słuch nie zaginął po kilku miesiącach, latach? Cóż, zostali ponadczasowi.
Wiecie, do czego zmierzam? Wielki rozgłos nie jest dobrą sprawą dla takiej kapeli. A już szczególnie wiedział o tym gitarzysta Gunsów - Izzy Stradlin, który szybko to zrozumiał i odszedł, póki to zabrnęło za daleko. Miał dosyć rozgłosu, jasne, to zrozumiałe, próbował być niewidzialny. Kiedy zespół wszedł na wyższy poziom i zaczął być rozpoznawany, a faceci zaczęli używać prywatnych samolotów, wozić ze sobą śmieszne chórki, zatrudniać 76476867 ludzi, którzy byli właściwie po nic, to z góry było skazane na katastrofę. Jedynie Izzy miał dosyć rozumu w głowie, by wziąć nogi za pas i uciec jak najdalej od tego całego zamieszania. Brawo dla niego, poważnie.
Podobno Axl błagał go o wybaczenie i powrót do kapeli - jeśli to prawda, wcale bym mu się nie dziwiła. Izzy był wielką częścią zespołu - stworzył sporo piosenek, dużo komponował i nadawał tej kapeli pewego unikatowego kształtu. Po jego odejściu wszystko się posypało - tym razem już całkowicie. Powoli zaczęli odchodzić pozostali członkowie Gunsów, a został jedynie ten, który, o ironio losu, najczęściej groził odejściem. Axl ponarzekał trochę na swoich byłych kumpli, jednak wiadome, że kierowała nim gorycz, spowodowana opuszczeniem przez kompanów, którzy, można by tak pomyśleć, będą jeszcze na długi czas. Mamy rok 2012 i Rudy przejął nową taktykę - chwalić swoich obecnych członków zespołu i udawać, jakby tamci wcześniejsi nie istnieli, że nic go nie obchodzą początki zespołu i ludzie, którym naprawdę sporo zawdzięcza.
Tymczasem pozostali ułożyli się całkiem dobrze - wystarczy tylko spojrzeć na ich projekty typu: Adler's Appetite, Duff McKagan's Loaded, Slash's Snakepit, Velvet Revolver (w którym zebrał się Duff, Slash i Matt jednocześnie :D) czy Slash Featuring Myles Kennedy and The Conspirators (dłuższej nazwy się nie dało?).
Cóż, jedyne, co mam do powiedzenia na koniec to to, że podziwiam ich wszystkich, każdego z osobna, choć Axl jest u mnie długotrwale na czarnej liście. Oczywiście życzę mu jak najlepiej i mam nadzieję, że nie potraktuje swoich obecnych kumpli podobnie jak tych starych. Mam nadzieję, że oni wszyscy zrobią w swoim życiu jeszcze coś niesamowitego i że ułoży im się jak najlepiej.
Tymczasem gratuluję zespołom, które zdobyły receptę na sukces, np. The Rolling Stones czy Aerosmith, które wytrwały już bardzo długie lata. Trzymam kciuki za to, by pozostałe kapele brały z nich przykład i dbały o to, co jest tak naprawdę ważne. ; )
Piszcie, co Wy myślicie na ten temat. ;3
Od czego zależy sukces zespołu czy kapeli, jak to niektórzy wolą mówić? Jejku, jakby się nad tym zastanowić, istnieje wiele czynników, nie? Spójrzmy na taki zespół, który jest znany nam wszystkim - Guns N' Roses. Chyba bowiem tylko typowi ignoranci będą twierdzić, że Gunsi nadal trwają; ci, którzy wiedzą, jak jest naprawdę, powiedzą, że to solowy projekt Axla, c'nie?
W każdym razie: można się spierać, w którym momencie zespół rozpadł się tak naprawdę. Wiadomo przecież nie od dziś, że oryginalny skład to: Axl, Slash, Izzy, Duff i Steven. Czy można mówić o rozbiciu zespołu po wyrzuceniu Stevena, który odrobinę za daleko posunął się w ćpaniu? Wielu jednak uważa, że Matta Soruma, który zastąpił perkusistę, można zaliczać do oryginalnych członków, gdyż Adler nie był z zespołem zbyt długo. Jeśli jednak mamy być uczciwi - zespół tworzyła ta piątka, a Sorum doszedł znacznie później, tak jakby wygryzając jednego z 'oryginalnych'.
Jak na razie wszystko jest normalnie - zdaję sobie przecież sprawę z tego, że wiele kapel wywalało członków zespołu z powodu różnych uzależnień, których nie mogli się pozbyć. Cóż, okrutne, ale prawdziwe - taka była wtedy rzeczywistość. No i nie tylko wtedy, dzisiaj też można spotkać się z takimi przypadkami. Dodajmy jeszcze fakt, że nie było dla nich zbyt przyjemnie po wywaleniu Adlera, gdyż nasz mały kolega zaczął spory i niemiłe przygody w sądzie, winiąc swoich byłych przyjaciół o wciągnięcie go w nawyk ćpania, po czym wyrzucenie z zespołu. Tu nie dziwię się chłopakom za niepochlebne wypowiedzi o Stevenie, bo chociaż kocham go za to, jakim był perkusistą i człowiekiem, odrobinę przegiął. Jak powiedział sam Slash: czekali na niego rok, by doprowadził się do porządku i zdołał wyjść z uzależnienia, jednak wszystkie odwyki przerywał, myśląc, że jest prawdziwą gwiazdą rock'n'rolla. W tym momencie naprawdę szkoda mi perkusisty, bo, cóż, wiadomo, że żyli na krawędzi i niestety chłopak trochę zbyt bardzo się w to wciągnął i nie potrafił przyjąć pomocy. Naprawdę smutne zakończenie wspaniałej przygody, którą był dla niego ten zespół i przyjaźń z pozostałymi Gunsami. Mimo to cieszę się, że po tylu latach odnowili kontakty i znowu się przyjaźnią. : )
W międzyczasie dochodzi kolejna rzecz - pieniądze. Tak, chłopaki podpisali kontrakt z wytwórnią Geffen Records i dostali naprawdę sporą zaliczkę, każdy z nich bez wyjątku, której większą część wydali na... tak, na tatuaże i trochę nowych ciuchów. Można by pomyśleć, że kasa zniszczyła odrobinę ich dotychczasowe życie, bo przecież wcześniej żyli na ulicy i często nie mieli nawet co jeść. Nagle dostali trochę pieniędzy i w końcu mogli pozwolić sobie na wszystko. Wydali Appetite For Destruction i powyprowadzali się do swoich własnych mieszkań, apartamentów czy czegoś tam jeszcze i ich wspólne życie się skończyło. Myślę, że od tamtej pory już nie było tak samo jak wcześniej.
Kolejnym czynnikiem według mnie było nastawienie Axla i jego psychoza maniakalno - depresyjna. Głupcem byłby ktoś, kto powiedziałby, że to nieprawda, i że Rudy wcale nie miał w tym żadnego udziału. Prawda jednak jest jaka jest - chłopak miał swoje humory, często groził odejściem, urządzał sceny w najmniej odpowiednich momentach, no i na końcu zaczął gwiazdorzyć tak, że nawet jego kumple mieli go dosyć. Nie pojawiał się na próbach, przy nagrywaniu płyty, często znikał bez żadnej zapowiedzi i robił wielkie halo z byle czego. Jego wybuchowy temperament był nieprzewidywalny - wielu ludzi już po pewnym czasie miałoby dosyć i dałoby spokój, jednak Gunsi jakoś to wytrzymali i było dobrze... póki co.Zmierzamy już do samego końca opowieści, kiedy to nastąpiła pewna zmiana w ich karierze. Cóż, właśnie na to słowo powinniśmy zwrócić swoją największą uwagę. Kariera? Jaka kariera? Mówimy o zespole, który zaczynał w parszywych klubach, do których przychodziło może kilka osób. Ile razy było tak, że grali przy praktycznie zerowej publice? Ile razy było tak, że zostawali wybuczeni i wywaleni, często nie dostawali zapłaty, bo właściwie dla nikogo się nie liczyli? No i w końcu ile wysiłku musieli włożyć, by ktoś w ogóle ich słuchał? Owszem, zawsze zaczyna się od zera, jestem tego świadoma, jednak... czy nie jest tak, że byli jedną z niewielu kapel, które wybiły się tak na poważnie? O których słuch nie zaginął po kilku miesiącach, latach? Cóż, zostali ponadczasowi.
Wiecie, do czego zmierzam? Wielki rozgłos nie jest dobrą sprawą dla takiej kapeli. A już szczególnie wiedział o tym gitarzysta Gunsów - Izzy Stradlin, który szybko to zrozumiał i odszedł, póki to zabrnęło za daleko. Miał dosyć rozgłosu, jasne, to zrozumiałe, próbował być niewidzialny. Kiedy zespół wszedł na wyższy poziom i zaczął być rozpoznawany, a faceci zaczęli używać prywatnych samolotów, wozić ze sobą śmieszne chórki, zatrudniać 76476867 ludzi, którzy byli właściwie po nic, to z góry było skazane na katastrofę. Jedynie Izzy miał dosyć rozumu w głowie, by wziąć nogi za pas i uciec jak najdalej od tego całego zamieszania. Brawo dla niego, poważnie.
Podobno Axl błagał go o wybaczenie i powrót do kapeli - jeśli to prawda, wcale bym mu się nie dziwiła. Izzy był wielką częścią zespołu - stworzył sporo piosenek, dużo komponował i nadawał tej kapeli pewego unikatowego kształtu. Po jego odejściu wszystko się posypało - tym razem już całkowicie. Powoli zaczęli odchodzić pozostali członkowie Gunsów, a został jedynie ten, który, o ironio losu, najczęściej groził odejściem. Axl ponarzekał trochę na swoich byłych kumpli, jednak wiadome, że kierowała nim gorycz, spowodowana opuszczeniem przez kompanów, którzy, można by tak pomyśleć, będą jeszcze na długi czas. Mamy rok 2012 i Rudy przejął nową taktykę - chwalić swoich obecnych członków zespołu i udawać, jakby tamci wcześniejsi nie istnieli, że nic go nie obchodzą początki zespołu i ludzie, którym naprawdę sporo zawdzięcza.
Tymczasem pozostali ułożyli się całkiem dobrze - wystarczy tylko spojrzeć na ich projekty typu: Adler's Appetite, Duff McKagan's Loaded, Slash's Snakepit, Velvet Revolver (w którym zebrał się Duff, Slash i Matt jednocześnie :D) czy Slash Featuring Myles Kennedy and The Conspirators (dłuższej nazwy się nie dało?).
Cóż, jedyne, co mam do powiedzenia na koniec to to, że podziwiam ich wszystkich, każdego z osobna, choć Axl jest u mnie długotrwale na czarnej liście. Oczywiście życzę mu jak najlepiej i mam nadzieję, że nie potraktuje swoich obecnych kumpli podobnie jak tych starych. Mam nadzieję, że oni wszyscy zrobią w swoim życiu jeszcze coś niesamowitego i że ułoży im się jak najlepiej.
Tymczasem gratuluję zespołom, które zdobyły receptę na sukces, np. The Rolling Stones czy Aerosmith, które wytrwały już bardzo długie lata. Trzymam kciuki za to, by pozostałe kapele brały z nich przykład i dbały o to, co jest tak naprawdę ważne. ; )
Piszcie, co Wy myślicie na ten temat. ;3
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)


