poniedziałek, 10 października 2011

Lost my hope.

Okej, wiem, co sobie pomyślicie: prowadzi blog niecały dzień, a już zrzędzi. Ale tu naprawdę wcale nie o to chodzi. Nie wiem czemu, ale myślę, że opisanie tu mojego problemu pomoże mi w rozwiązaniu go czy coś w tym stylu. Wiecie, to jest tak jak z pamiętnikiem. Tylko że pamiętnika nie chce mi się zbyt bardzo pisać, bo tyle trzeba opisywać, a ręka męczy się tak szybko...
Moim problemem jest On. Pojawił się dzisiaj w szkole. Ogólnie dużo dzisiaj absolwentów odwiedziło progi naszego gimnazjum, w tym Loczek (na razie nie zgłębiajmy historii tutaj wymienionych ;x), ale z niego to mi się raczej śmiać chciało. Pomyśleć, że kiedyś był taki ładny, z tymi swoimi wyprostowanymi włosami i lekkim uśmieszkiem... Teraz wspominam go raczej źle, sama nie wiem czemu. Ale wróćmy do Niego. Pozwolę sobie nazwać Go Piotrusiem Panem.
Pojawił się tak nagle. W sumie to nie nagle, jedynie Asia gwałtownie zwróciła mi uwagę, a ja akurat rozmawiałam z nauczycielką języka polskiego, i tak jakoś wyszło... Miałam się nie odwracać. Miałam się, cholera jasna nie odwracać! Ale się odwróciłam.
Szedł korytarzem, z tą swoją niepewną miną, krótkimi włosami (tak jak zapamiętałam to ostatnio. Ach, gdzie te Twoje włosy, gdzie, ja się pytam?!) i tą wspaniałą bluzą, której nigdy nie zapomnę... :C Czerwono-czarna, czyli moje ulubione zestawienie dwóch kolorów. Co, jak się zastanowić, przypomina mi, że Kotlet ma bluzę w takim samych kolorach i bawiłam się nią na spotkaniu do bierzmowania, kiedy stwierdził nagle, że zapewne podoba mi się ona, bo to kolory diabła. Pfff, proszę Was. Nie wyznaję szatana. Jestem raczej grzeczna i wgl (pomijając fakt spowiedzi...), więc naśmiewanie się z mojej religijności głęboko mnie uraża.
No, ale wracając do tematu: kiedy Go zobaczyłam, serce mi stanęło. No, może niedosłownie, ale wiecie, o co mi chodzi. A ja, szczerze powiedziawszy, tego stanu nie lubię (tak, idioto, możesz czuć się winny, bo jeszcze rok temu doprowadzałeś mnie do zawału za każdym razem, kiedy byłeś blisko!). Od razu spiekłam buraka i zaczęłam się śmiać jak głupia (zdenerwowanie?) przy swojej nauczycielce, która, nawiasem mówiąc, uczyła go polskiego, także mogła się domyślić, co jest grane. Dobrze, nie domyśliła się, bo z zapałem opowiadała o konkursie z polskiego, w którym mam wziąć udział. No ale jednak.
Chodzi o to, że kiedy Go widziałam, to uczucie wróciło na nowo. Może nie tak mocno jak w tamtej klasie, ale coś poczułam. A to uczucie nie jest mi miłe. ;C Kiedy weszłam do sali, na chwilę zapomniałam o Nim z powodu wspaniałej biologii i jeszcze wspanialszej trói plus z kartkówki z genetyki, ale teraz... sami widzicie - gadam tylko o nim... ; (
Weźcie mnie uzdrówcie, co? Będę bardzo wdzięczna.

3 komentarze:

  1. myślę, że to nie musi być zauroczenie, tylko raczej wspomnienie. sama tak miałam, w pierwszym tygodniu szkoły, gdy zobaczyłam Azjatkę (ciemny Bieber, nie wnikajmy, dlaczego go tak nazwałam). nic już do niego nie czułam, ale ze względu na te wszystkie akcje z nim, moje serce zareagowało, gdy go zauważyłam. odruchowo się uśmiechnęłam, chociaż, jak wiadomo, wiele razy przez niego cierpiałam. do teraz często coś o nim wspomnę, gdy z kimś rozmawiam.. co prawda ja mam teraz inne myślenie, które sama sobie wypracowałam, ale wiem, że Ty również dasz sobie radę i znajdzie się ktoś, z kim będziesz szczęśliwa.
    tak na marginesie, nie wiem, po jaką cholerę oni wszyscy ścinają włosy?! nie dosyć że ten, to jeszcze mój Cieluuuś... ;___;

    OdpowiedzUsuń
  2. Ale Ciel wygląda ładnie. :D Dobra, Piotruś Pan też, ale wieeesz. Nie masz się czym załamywać. ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Cieluś zawsze dla mnie będzie śliczny. ♥ mam inny powód do smutania.. związany z nim, ale no.. wiadomo jak to jest. ;d

    OdpowiedzUsuń