wtorek, 31 lipca 2012

Wieczór z... The Pretty Reckless.

Hmm, kurczę, i nie wypaliło. :< Chciałam dzisiaj przesłuchać sobie The Killers, ale jakoś naszła mnie ochota na coś bardziej 'słodkiego' i mniej ostrego, więc wzięłam się za TPR. Przesłuchałam wstępnie Lungs Florence And The Machine i stwierdzam, że nowa płyta jest znaczenie lepsza - nie to, że ta pierwsza jest cienka, ale, jak to powiedziała Anjja (dziękuję Ci za stałe komentowanie notek, nawet nie wiesz, jak mi miło na serduszku), albumy różnią się od siebie, co nie znaczy, że któryś z nich jest kiepski. Myślę, że Flo po prostu rozwinęła się jako artystka w tym czasie i obecnie umie lepiej wykorzystywać i używać swojego głosu.
Jejku, strasznie chce mi się spać. Może to dlatego, że wstałam dzisiaj o 8? NIGDY nie wstaję tak wcześnie - przeciętnie śpię do 10. Cóż, ostatnio zaczęłam biegać od rana, dlatego trzeba też wcześniej wstawać. I tak ze mnie cienias, bo biegam jakieś 20 minut i ledwo żyję. Nie wiem, naprawdę nie wiem, czy uda mi się wytrzymać w moim postanowieniu.
Dobra, wróćmy do The Pretty Reckless. Dwie moje koleżanki bardzo jarają się wokalistką, Taylor Momsen, więc zaopatrzyłam się w płyty i posłuchałam sobie. Muzyka spoko, chociaż staniki nie latają. Taylor ma świetny głos i wie, jak go użyć - jest zadziorny i zmysłowy, czyli coś, co jest według mnie wielką zaletą u piosenkarki. Dziewczyna jest też ładna i młoda, więc odpowiednio reklamuje i zwraca na siebie uwagę - zwłaszcza imponująco zadbanymi włosami, ostrym makijażem i stylem ubierania, jak to Dominika określiła, "na dziwkę". Hm, trochę w tym racji jest i niektóre jej stroje naprawdę szokują, zwłaszcza że dziewczyna ma... 19 lat? Zgaduję, że taki biznes w obecnych czasach: im więcej odkryjesz, tym więcej będziesz mieć fanów (patrz: teledysk do piosenki Miss Nothing). 
No ale nie jestem tu od oceny stylu wokalistki, chciałam tu porozkminiać nad jej muzyką. ;3 Pierwszym plusem jest, jak już wcześniej wspomniałam, głos Taylor. Dalej: moje ulubione piosenki, np. Just Tonight, Under The Water, You, Zombie czy Everybody Wants Something From Me. Reszta też rządzi, ale jednak tych mogłabym słuchać na okrągło :D 
Mało tego, trzeba powiedzieć, że jak na współczesny rynek muzyczny, który w dużej mierze został zdominowany przez młodych wykonawców, głównie dzieci Disneya, Taylor Momsen radzi sobie świetnie z muzyką i robi coś, co jest jej pisane. No i jako jedna z niewielu gwiazd potrafi śpiewać sama, bez playbacku. 
Okej, podsumowując: kawałki TPR są mocne, dają kopa i można w nich znaleźć coś każdą okazję. Dodatkowo głos wokalistki i wyjątkowy styl, którego nie da się pomylić z żadnym innym - wszystko to sprawia, że The Pretty Reckless staje się wyjątkowym zespołem, którego powinno się przesłuchać. Nie sądzę, żeby była to muzyka dla każdego, ale znam wiele osób, które ją kochają i z czystym sercem mogę polecić ten zespół wszystkim szukającym inspirującej i świeżej muzyki, której w obecnych czasach nie można znaleźć zbyt wiele. ;]


poniedziałek, 30 lipca 2012

Wieczór z... Florence And The Machine.

Dobra, teraz, kiedy wreszcie odzyskałam komputer i mój ukochany Itunes, nareszcie mogę słuchać swojej muzyki i przesłuchiwać muzykę, której wcześniej nie znałam. Dzisiaj wybór padł na Florence And The Machine, bo już zbyt długo mam ich płytę na kompie bez żadnego śladu użytku. Pierwszą piosenką grupy, którą usłyszałam, było "Heavy In Your Arms" bodajże z "Zaćmienia", choć wtedy oczywiście nie zdawałam sobie sprawy z tego, co to za piosenka, czyja jest i w ogóle jaki ma sens. Jakby się nad tym zastanowić, nie interesowała mnie zbytnio muzyka w tamtych czasach, ale jak widać - nadrabiam. Piosenka, która była punktem zwrotnym w całej sytuacji - "Never Let Me Go" - pojawiła się w serialu Pamiętniki Wampirów podczas jakże cudownego pocałunku Eleny z Damonem. Od tej pory zainteresowałam się Florence i jej zespołem.
Okej, więc dzisiaj zajmuję się albumem Ceremonials, bo cały czas widzę go na sklepowych półkach i ciągle się o nim słyszy. Poza tym status platyny musi o czymś świadczyć, nie? W każdym razie przed puszczeniem pierwszej piosenki byłam nastawiona totalnie pozytywnie i, muszę przyznać po przesłuchaniu całości, zupełnie się nie zawiodłam. Jejku, ta płyta to totalny majstersztyk. Hmm, wygląda na to, że popełniam tu podstawowy błąd, bo nie słuchałam pierwszej płyty grupy i nawet nie mam porównania i nie mogę powiedzieć, czy Florence rozwinęła się jako piosenkarka, czy też raczej cofnęła. Wybaczcie mi tę wielką wpadkę, obiecuję nadrobić przy najbliższej okazji.
Okej, pierwsza rzecz, która przychodzi mi do głowy, jest taka, że każda piosenka bez wyjątku przepełniona jest niewątpliwym uczuciem, które totalnie wypełnia słuchającego i... cóż, przenosi go do zupełnie innego świata. Utwory są jakby z innej bajki i są tak niesamowicie skomponowane, że czasami zwyczajnie brak mi słów. Wiecie, która piosenka zwróciła szczególnie moją uwagę? What The Water Gave Me. Sama nie wiem czemu, po prostu powala już za pierwszym przesłuchaniem. Przy końcówce ledwo można usiedzieć, bo emocje rozrywają od środka. Wspaniała kompozycja.
O wyjątkowości Never Let Me Go nie będę się rozwodzić, bo to jasne jak Słońce, że zapadła mi w pamięć głównie ze względu na szczególny moment w ulubionym serialu. Kawałek świetny, ale co do teledysku brak mi słów - może po prostu jestem zbyt głupia, by go zrozumieć, albo zwyczajnie on nie ma być zrozumiany...? W każdym razie mam nadzieję, że Florence nie będzie zbyt dużo uwagi poświęcać na video, a zajmie się muzyką, bo to wychodzi jej o niebo lepiej.
Resztę utworów nazwę ogólnikowo magicznymi, bo jeszcze nie wszystkie ogarnęłam na tyle dobrze, by je zapamiętać. Tak czy inaczej - płyta zasługuje na pochwałę i KONIECZNIE trzeba jej przesłuchać. Nie żartuję, podobała mi się i mam nadzieję, że i Wam przypadnie do gustu. Głos tej kobiety rządzi (mimo że twarz ma raczej męską) - zmysłowy, delikatny, a kiedy trzeba - z pazurkiem. Pozycja niezbędna.
Ocena płyty: 9/10.

Sweet Home.

Och tak. W końcu mam swój komputer, ocalały wprawdzie wprawdzie dzięki gigantycznej kwocie wpłaconej na nową kartę graficzną, ale jednak. Wg mnie warto było, bo komputer chodzi szybciej i w końcu mogę coś na nim zrobić. No i odzyskałam też 'ś'. Hahah, teraz mogę Was tym spamować - śśśśśśśśśśśśśśśśśśśśśśśśśśśśśśśśśśśś. Dobra, anyway. Instaluję sobie teraz wszystkie poczebne mi programy i jest spoko. Żałuję jedynie tego, że wczoraj musiałam na nowo uzupełniać Itunes całą muzyką, którą posiadałam i moje dane dotyczące liczby odsłuchań się skasowały, ale tak to jest ok. Najbardziej rozwala mnie Microsoft Office Word 2007 (wcześniej miałam 2003), który zaznacza mi 'spuścił' jako wyraz wulgarny. Ekhem.
Chcę, żeby ten blog był popularniejszy, ale totalnie nie mam pojęcia, jak tego dokonać. Macie może jakieś pomysły? Cóż za ironia losu - nikt nie czyta tego bloga, więc nikt nie odpowie. Ja chcę tu luuuuudzi, no!
Dobra, w każdym razie... jestem na dobrej drodze w moich opowiadaniach. Przestałam męczyć się z tamtymi gównami, które pisałam, i zabrałam się za dwa - o Gunsach, które liczy sobie już 60 stron, z czego jestem bardzo dumna (A4, ludzie, fuck yeah!) i o Shirley, które na razie ma 9, ale czuję, że do końca wakacji skończę i będzie liczyło ok. 30 stron. ;3 Jakby ktoś chciał się zapoznać z moją twórczością - zapraszam, wiecie, gdzie mnie szukać.
Czytam sobie biografię Duffa i tylko szlocham nad życiem mojego biednego mężusia. Dobrze, że wyrosło z niego takie mądre coś. I PISAŁ DO PLAYBOYA! Hahah, wiem, o czym sobie pomyśleliście, ale nie to miałam na myśli - wiem, że to może Was zadziwić, ale w tej gazecie jest też sekcja ekonomiczna. I, jak to uprzejmie wyjaśnił mi tata, to gazeta nie tylko z gołymi babami, ale też gazeta dla mężczyzn, bo jest wszystko, czego im potrzeba: autka i te inne pierdoły. Nie to, żeby mój tata czytał Playboya. Chociaż w sumie czy to nie oznacza, że nie jest mężczyzną? Chyba nie trzeba czytać takiej gazety, by być osobnikiem płci męskiej, nie? Tylko czemu wg zasady, że mężczyzna musi 'postawić dom, zasadzić drzewo i spłodzić syna', mój tata w ogóle tym mężczyzną nie jest? Dobra, odejdźmy może od tematu męskości mojego ojca, bo to schodzi na dziwne tory.
Półmetek wakacji prawie, a czy mam na swoim koncie coś, czym mogę się pochwalić? Opowiadaniami może, ale to i tak załamujące, bo nie skończę o Gunsach w ciągu miesiąca pisać, a kiedy pójdę do szkoły, będzie coraz mniej czasu. No i zaczęłam biegać - wprawdzie dwa dni i zakwasy miałam tak wielkie, że niedzielę i dzisiaj sobie odpuściłam, ale jednak. Trzeba mieć kondycję w nowej szkole, by móc się czymś pochwalić, c'nie?
Okej, spadam do Duffa. Tym razem nie czeka na mnie z bitą śmietaną... Cóż, dla mnie i tak jest słodki. <3 Narka ;3
 <------ napis na koszulce Slasha jest dziwny ;o

czwartek, 19 lipca 2012

Moje wrażenia po "Living Things" Linkin Park!


Pierwszy krążek Linkin Park – Hybrid Theory - który określił ich jako grupę nu-metalową, pełen był ciężkiego brzmienia i niezwykłych wrzasków Chestera, które w późniejszym czasie stały się jego charakterystyczną cechą. Następnie Meteora – tak samo naładowana mocnymi kawałkami, w tym znanym wszystkim ludziom „Numb” – która jedynie utwierdziła ludzi w przekonaniu, że Linkin Park to wielka grupa z niewiarygodnym talentem. Minutes To Midnight wciąż pokazywał nam to samo, ale jednak już można było dostrzec jakieś zmiany. Niczego nieświadomi przechodzimy do A Thousand Suns, które zaskakuje nas w całej swojej okazałości. Co stało się z naszym starym, ukochanym zespołem? Co z energicznymi, naładowanymi mocą piosenkami, z których znany był Linkin Park? O co chodzi z tymi wolnymi, odrobinę, jak na mój gust, smętnymi kawałkami, tak zupełnie dalekimi od tego, co do tej pory tworzyli chłopcy? Po kilku przesłuchaniach można było wprawdzie przyzwyczaić się do tego krążka, jednak w głowie krążyła jedna myśl: „To już nie jest ten sam zespół”. Czego więc można było się spodziewać po Living Things?
 Szczerze przyznam, że obawiałam się nowej płyty; już na samym początku zaznaczam, że całym swym sercem byłam za powrotem gitar i charakterystycznego dla Chestera wrzasku, którym może się pochwalić. Kiedy usłyszałam, że na nowej płycie pojawi się trochę więcej starego brzmienia, gwałtownie się ożywiłam i w moim sercu pojawiła się jakaś nadzieja. Od razu jednak zgasła - czy nie było wiadome, że nadal chcą iść drogą obraną przez A Thousand Suns?
To sprawiło, że długo zwlekałam z sięgnięciem po płytę. Ciekawość jednak jak zwykle wygrała i postanowiłam przesłuchać najnowsze dzieło Linkin Park, wciąż modląc się o cud, który sprawi, że płyta będzie tego warta.
Nie wiem, czego spodziewałam się po pierwszym odtworzeniu wszystkich kawałków. Na pewno nie tego, że wywołają one we mnie tak potężne emocje i dosłownie wcisną w siedzenie. Cóż, przynajmniej większość z nich. Czy to możliwe, by usatysfakcjonowały mnie piosenki, które odbiegały bardzo od tego, co tak niezmiennie kochałam w zespole? Przyjrzyjmy się temu z bliska.
„Lost in the Echo” zaczyna się od dźwięków, które z pewnością nie usatysfakcjonują fana starego brzmienia Linkin Park. Zaraz później wchodzi Mike i piosenka od razu staje się lepsza. Chwytliwy refren z Chesterem, jego wrzaski na koniec, tekst, który trafi do większości, a także instrumenty, których brakowało na ostatniej płycie – wszystko to sprawia, że piosenka zapowiada płytę całkiem nieźle.
Później „In My Remains”. I od samego początku szok – wreszcie pojawiają się gitary z prawdziwego zdarzenia! Gitary, za którymi tak tęskniliśmy podczas słuchania A Thousand Suns! Zwrotki może nie zachęcają zbyt bardzo, jednak to dopiero refren i tekst sprawiają, że docenia się tę piosenkę. Niewątpliwie mój ulubiony kawałek na płycie.
Już od dłuższego czasu każdy prawdziwy fan, a nawet i nie fan, zespołu zna „Burn It Down”. Mimo że piosenka różni się od dzieł przedstawionych na „Hybri Theory” i „Meteora”, ma w sobie coś takiego, że chętnie się jej słucha. Mój tata stwierdził, że podoba mu się wejście Mike’a i jego rap połączony ze śpiewem Chestera. Zastanowiłam się nad tym -  rzeczywiście niezłe połączenie. Wydaje mi się jednak, że na poprzednich płytach było ich o wiele, wiele więcej. Z drugiej jednak strony, patrząc na reakcję ludzi obecnych na OWF w Warszawie tego roku, nie dziwo, że to właśnie ten kawałek wybrano na singiel, który promował cały album.
Kiedy przychodzi pora na „Lies Greed Misery”, zagryzam tylko wargę i zastanawiam się nad celem tej piosenki. Chociaż tekst jest ostry, podłożono go do skocznej muzyki, która, dla kogoś, kto zna język, nie pasuje do tego rodzaju słów. W pewnym momencie Chester zaczyna się drzeć i jest to chyba jedyny moment piosenki, który naprawdę lubię. Zamysłu całej reszty nadal nie pojęłam, chociaż mam nadzieję, że jeszcze przyjdzie mi to zrozumieć.
 „I’ll Be Gone” od samego początku zapowiada się nieźle. Wchodzą gitary, nagle muzyka łagodnieje i Chester zaczyna śpiewać. Refren jednak znowu porywa i daje nam niesamowitą dawkę poweru, a także głęboki tekst, czyli coś, co w Linkin Park cenię najbardziej.
„Castle Of Glass” to chyba najbardziej zaskakująca piosenka na albumie. Tekst kojarzy mi się z jakąś baśnią, a melodia to coś, czego jeszcze u tego zespołu nie słyszałam. Przy pierwszym odsłuchaniu kawałek wydaje się być dziwnym eksperymentem zespołu, ale już po kilku kolejnych odtworzeniach zyskuje na wartości.
Nadal nie wiem, co sądzić o „Victimized”. Piosenka kojarzy mi się przede wszystkim z „Blackout” z poprzedniego albumu, z tym, że jest o wiele gorsza. Rap Shinody przerywany jest przez jakże ambitny refren składający się z trzech słów i, o ile dobrze zrozumiałam, ma być podkreślony przez szaleńczy wrzask Chestera, który „nigdy więcej nie chce być prześladowany”. Cóż, w to darcie się włożył tyle siły, że na pewno przekaz zostanie zrozumiany.
Kolejne jest „Road Untraveled” z najprawdziwszym chyba tekstem z całej płyty. Nie jest może on zbyt długi, jednak sądzę, że każdy go zrozumie i odnajdzie się w tych słowach. Dzwoneczki na początku dodają klimatu, a przepełnione bólem i rozpaczą „oooo” tylko potęguje uczuciowość piosenki.
„Skin To Bone” to dosyć ciekawa kompozycja, choć według mnie panuje w niej trochę za dużo chaosu. Z pewnością jest to charakterystyczna piosenka, mnie jednak, poza ostatnimi trzydziestoma sekundami, nie urzekła.
Och, wspomniałam o chaosie? Następna piosenka – „Until It Breaks” – trwa niecałe cztery minuty, a mimo to mam wrażenie, że jest znacznie dłuższa. Komiczny rap Mike’a, później złagodzenie piosenki przez Chestera, znów wchodzi Mike, no i niesamowita końcówka – śpiewający Brad! Och, przepraszam, Brad, kocham cię i w ogóle, ale ta piosenka? Nie mogłeś wybrać czegoś lepszego? Wybaczcie, jeżeli komuś podoba się ten kawałek, ale jak dla mnie jest to jeden wielki miszmasz. Nigdy nie zrozumiem sensu tej piosenki i nigdy jej też nie polubię. Najsłabsza kompozycja ever.
„Until It Breaks” zgrabnie przechodzi w „Tinfoil”, która, choć krótka, od razu oczarowuje i sprawia, że zapomina się o otaczającym nas świecie. Naprawdę, jestem pod wielkim wrażeniem kompozycji, która, jak się okazuje chwilę później, jest łagodnym początkiem „Powerless”.
No i oto jest – ostatnia piosenka na płycie. Nie bez powodu wybrano ją do filmu Abraham Lincoln: Vampire Hunter – na początku spokojna i poruszająca, później natomiast zamienia się w rozpaczliwy krzyk Chestera, krzyczącego: „bezsilny”. Szczególnie podoba mi się tutaj muzyka i brzmienie utworu jakieś półtorej minuty przed końcem. Cudowna.
Ciężko pisać mi podsumowanie, bo jest we mnie tyle odmiennych emocji związanych z tą płytą. Z jednej strony ogromnie się cieszę, bo zespół w jakiś sposób powrócił do swojego starego brzmienia, nie odchodząc jednocześnie od eksperymentów. Krążek zupełnie odmienił moje podejście do najnowszej muzyki chłopców – wraz z milionami ludzi czułam się pokrzywdzona, kiedy usłyszałam A Thousand Suns, bo nikt nie był przyzwyczajony do zespołu w takim wydaniu. Wydaje mi się jednak, że ten album zaprowadził ich do czegoś naprawdę dobrego – do Living Things. Kiedy pierwszy raz odsłuchałam płytę, byłam pod wielkim wrażeniem i z upływem czasu uświadomiłam sobie, że może taka zmiana była dla zespołu korzystna. Gdyby pozostali przy starym brzmieniu i kolejne płyty brzmiałyby jak Hybrid Theory czy Meteora, ludzie szybko znudziliby się taką muzyką. Grupa postawiła jednak na swój rozwój i bardzo ich za to podziwiam – mimo tak negatywnych opinii zagorzałych fanów zabrali się za coś zupełnie nowego i zaczęli próbować nowych rzeczy. Minusem płyty jest natomiast to, że nie ma w niej zbyt wiele odkrywania, przez co w szybkim tempie może się znudzić. Odróżnia ją to całkowicie od początkowej twórczości muzyków, co przyznaję, niestety, z wielkim bólem.
Dla tych, którzy nie przekonali się zbytnio do Living Things – na płycie widać już jakiś postęp, jeśli chodzi o gitary i inne instrumenty, które wypierają elektroniczną papkę narzuconą nam na wcześniejszym albumie. Czas pokaże, co nowego przyniesie nam działalność chłopaków. Mam nadzieję, że same dobre rzeczy! : )
Ocena płyty: 8/10


środa, 18 lipca 2012

Wieczór z... The Cult.

Hmm, wracam po dłuższej przerwie (kilka dni spędzone na działce i nicnierobieniu) z nowym zapałem muzycznym i z góry przemyślaną ścieżką życia, która chcę iść. Ha, wiem, że to brzmi mega poważnie i w ogóle, ale obmyśliłam to podczas zbierania jagód. Zawsze ciągnęło mnie do dziennikarstwa, a już zwłaszcza w jakiejś znanej zagranicznej gazecie (może Times na początek?), w której mogliby docenić mój talent. Tym razem jednak wiem, że do mojej pasji pisania dołączyła także chęć zwiedzania świata i gruntownego zapoznania się z muzyką i jej początkami. Czemu by nie połączyć tego wszystkiego w jedną całość i podróżować po wielu zakątkach świata, pisząc do jakichś muzycznych gazet? Oceny płyt, wywiady ze znanymi i szanowanymi zespołami, odkrywanie nowych kapel, które chcą się wybić... To wszystko brzmi dla mnie jak nigdy niespełnione marzenie, ale kto wie? Może kiedyś mi się uda i będziecie mogli o mnie usłyszeć? Albo przynajmniej zobaczyć moje nazwisko w jakiejś ciekawej kolumnie gazety muzycznej? Zobaczymy, co przyniesie przyszłość.
W każdym razie moja lista zawiera jak na razie 61 pozycji wykonawców i zespołów, które pragnę przesłuchać, i zamierzam mocno się do tego przyłożyć. Plan jest taki, że ściągam po dwa albumy każdej pozycji, przesłuchuję, i jeśli na to zasłuży, to myślę o zaopatrzeniu się w pozostałe krążki grupy. Jeśli nie - usuwam z komputera i zapominam, proste.
________________________________________________________________________________
Dzisiaj na obiekt zainteresowania wybrałam stary, ale jary zespół - The Cult. Grupa, która powstała w 1983 roku, czyli wtedy, kiedy mnie jeszcze nie było na świecie, a nawet nie byłam jeszcze planowana, zajmuje się rockiem w wielu odmianach - od pięknych niemal gotyckich ballad przez prosty mocno gitarowy rock po heavy metal, jak podaje wikipedia. Co skłoniło mnie do zabrania się za właśnie ten zespół? Wywiad z gitarzystą, Billym Duffym, który twierdzi, że nowa płyta zespołu jest świetna. Cóż, zapragnęłam sprawdzić, czy muzyk ma rację, czy może zwyczajnie jest zbyt pewny siebie.
Wraz z Choice of Weapon wzięłam się również za jedną z pierwszych płyt zespołu - Love (1985 r.).
Wrażenia po pierwszym odsłuchaniu? Wyśmienite! Zespół nadaje na tych samych falach co ja, a ich klimat totalnie mi odpowiada. Love to krążek pełen znakomitych kawałków, a nieczęsto zdarza się, by jakaś płyta spodobała mi się za pierwszym razem. Cóż, po tej właściwie zostałam wciśnięta w fotel. Nie pozostawało mi nic innego, jak tylko nie wyłączać i z rosnącym podekscytowaniem słuchać dalej. Nie potrafiłabym jeszcze rozróżnić poszczególnych piosenek, dwa odtworzenia to stanowczo za mało, zwłaszcza, jeśli zna się zespół niecały jeden dzień. Potrafię jednak powiedzieć, że za pierwszym razem szczególnie w pamięć wryło mi się Black Angel, Nirvana, Rain. Zobaczymy, jak będzie po dłuższym zaznajomieniu się z płytą.
Choice of Weapon, jak sam Billy Duffy powiedział, jest jakby powrotem starego The Cult. Zastanawiam się teraz, czy to znaczy, że albumy w późniejszej twórczości zespołu odbiegały od tego, czym była ich muzyka na początku. Musiałabym zaznajomić się z pozostałymi płytami, a na to potrzeba czasu. W każdym razie Choice of Weapon, jak na pierwszy raz, robi na mnie o wiele mniejsze wrażenie niż Love, nie jest bynajmniej słabym albumem. Wręcz przeciwnie - również zawiera mnóstwo wspaniałych piosenek w bardzo podobnym klimacie. Chyba muszę jednak odtworzyć je jeszcze kilka razy, by docenić je bardziej.
Cóż, jak mówiłam, nie da się ocenić albumu po jednym czy dwóch odtworzeniach. Miałam jednak szczęście, że The Cult wyjątkowo przypadło mi do gustu natychmiastowo. Inaczej się sprawa miała z Alice Cooper, Sex Pistols czy innymi znanymi pozycjami. Jak na razie, jedyne, czego mi trzeba, to czas - czas, który udowodni, co tak naprawdę cenię sobie bardzo, a co powinno wylądować w koszu. Mam nadzieję, że zdążę jeszcze poznać wszystkie płyty The Cult tylko i wyłącznie z dobrej strony. : )
Jutro postaram się ocenić polski zespół - Dianoya - robię tu mały wyjątek, bo nie słucham polskiej muzyki. W każdym razie zaintrygowali mnie i postanowiłam sprawdzić ich muzykę, zwłaszcza że przekonali mnie ciekawym opisem nowej płyty. Tu problemu nie ma - chłopcy mają, o ile jestem dobrze poinformowana, tylko dwa krążki. Roboty więc zbyt wiele nie mam...

niedziela, 8 lipca 2012

Mesutowo.

 
NIC WIĘCEJ MÓWIĆ NIE MUSZĘ.
Dziewczyny doskonale wiedzą, o co chodzi, to wystarczy. :D Podmiot naszego zainteresowania, czyli Mesut Oezil, to miszcz i wielki kochanek Fresy. Tyle w temacie. Teraz rozkoszujmy się zdjęciami i gifami. xD


Aha, rozumiem. Modlitwa do Niebios pomoże.

O kurde. Spójrzcie na tę pozę i tego fejsa. I jak tu można go nie kochać? xD

      
Musiałam. Nutella Forever. <3


A tu jak gotuje dla Fresy.  


Ojojoj, lekki wnerw. ;o

'Och, skarbie, znowu zjadłaś nutellę?' - do Fresy oczywiście. *u*
 
Ukochany strój Fresy. :D

WTF?! xDD
Dobra, koniec spamu Oezilem. Paczajcie i podziwiajcie.
Na pożegnanie oczko od Oezila. <3

sobota, 7 lipca 2012

Suddenly I see.

Pobudka, śpiochy! Dzisiaj zostałam ostro styrana przez ojca, który uznał, że 11.30 jest najwyższą porą, by zwlec mnie z łóżka. Cóż, może i miał rację, ale chyba coś mi się od życia należy. Zwłaszcza że mój dzień ogranicza się do hiszpańskiego, książek, komputera i przyjaciół. Jakoś w ogóle nie mam motywacji do pisania. :<

Oglądałam wczoraj 'Harry'ego Pottera i Komnatę Tajemnic'. Again, po raz 7864827634. Widzicie, to jest magia prawdziwych, dobrych filmów - nigdy się nie nudzą i można je oglądać w kółko i w kółko. Nawet jeśli niezbyt lubię tę część HP, to i tak widziałam ją tak wiele razy, że masakra. Za tydzień moja ulubiona - Więzień Azkabanu - a za dwa - druga ulubiona, czyli Czara Ognia. <3 I Pattinson, który w jednym, jedynym filmie wyglądał jak porządny człowiek!

Ach, tak mnie jakoś wzięło, żeby napisać jakieś opowiadanie odnośnie Hogwartu. Ale znając mój zapał, szybko dam sobie spokój i będzie jedno wielkie nic. Poza tym... nawet nie mam pomysłu na fabułę. Myślałam, czyby nie opisać historii z punktu widzenia już istniejącego bohatera (kiedyś wzięłam się za Lily & Snape, ale szybko zrezygnowałam), czy stworzyć kogoś totalnie nowego i opisać... nie wiem co.
Strasznie dużo pająków ostatnio. Wczoraj dwa mnie zaatakowały. Daria wyciągała mi jednego z włosów, a kiedy spytałam, co to było, zrobiła tylko krzywą minę i powiedziała: "Eeee.. Biedronka". Ja wtedy spojrzenie z rodzaju 'Are you fucking kidding me?' i mówię: "Pająk, prawda?", a ona na to: "Prawda". Ja wtedy wielki atak paniki. Trzeba było mnie widzieć, jak byłam na dworze z nią, Anią i facetami, i chodził po mnie pająk. Oni nazwali to 'tańcem pająka', ja zaś atakiem serca i próbą uwolnienia się spod tych małych, chudych nóżek i paszczy, którą chciał mnie pożreć ten paskudny brzydal.
Mam wielkiego wnerwa na chłopaka, tego samego, co zwykle z resztą. Tym razem denerwuje bardziej, mocniej i w ogóle mam mu ochotę powiedzieć, co o nim myślę. I dochodzi do tego kumpela, która zdaje się totalnie nie zauważać, jak bardzo rani mnie swoim zachowaniem. Cóż. Idiota. Nie potrafi zachować się w porządku wobec mnie, bo, jak zwykle z resztą, myśli tylko o sobie i robi z siebie wielką ofiarę, zawsze jest tym pokrzywdzonym, chociaż sam sobie to robi. No, mam nadzieję, że w liceum będzie wielu fajnych, dojrzałych i zabawnych kolesi. Którzy są bardziej męscy, niż ten pozbawiony krocza ex - przyjaciel, wyglądający jak dziewczyna i zachowujący się jak zachwiana emocjonalnie nastolatka. : )
 A oto piosenka, której słowa opisują go najbardziej. 
It's over-rated
It's not worth chasing
Don't you know that
You'll love to love and then you'll hate it

czwartek, 5 lipca 2012

She drives me crazy.



Witam :) Mam ostatnio podejrzanie dobry humor, chociaż nie wszystkie rzeczy wyszły tak, jakbym tego chciała. No ale zostawmy to z boku, teraz tylko same dobre rzeczy.
Dobra, więc tak. Podyskutowałam dzisiaj z rodzicami na temat języków i otrzymałam poważną radę od nich, by w liceum kontynuować niemiecki.
No bo kurde... uczę się tego niemieckiego już od 78923647 lat (tak właściwie to tylko od sześciu) i to jest chyba wystarczająco dużo czasu, żeby coś z tego języka pojąć. Cóż, ja nie pojmuję. Nie dociera do mnie znacznie najprostszych zdań (no, ale niestety musiałam zrozumieć to, jak Lisa mówi, że kocha Mullera ponad życie. -,-) i ogólnie nie ogarniam tego języka, tak bardzo go nie lubię i zwyczajnie rzygam nim po tych kilku latach męczarni. No i uparłam się na hiszpański. A oni mi na to, że hiszpański przyda mi się tylko... w Hiszpanii. 'Lepszy rosyjski, ucz się rosyjskiego! Rosja taka rozległa!'. 'Tak, mamo, ale ja kieruję się raczej na zachód, a nie na wschód...'. Taak, to była rozmowa z rodzicami. Stanęło na tym, że przez trzy lata LO mam ogarnąć cały hiszpański, który tak bardzo chcę 'dla rekreacji', jak to mama określiła, i mam się nauczyć całego słowniczka przez wakacje. No a na studiach cisnąć rosyjski. Buahaha. 
Jutro idziemy do gimnazjum po wyniki w sprawie dostania się do liceów. Jakoś się tym nie przejmuję, bo wiem, że się dostanę. Bardziej martwię się tym, jak wychowawczyni zareaguje na moje czerwone włosy. Zawału chyba nie dostanie, co? 
Wczoraj byłam spontanicznie z dziewczynami w Manufakturze. Asia nie była jakoś specjalnie zachwycona, próbowałam ją rozruszać i w ogóle, ale chyba po prostu nie miała ochoty z nami przebywać. Ani włóczyć się po tak beznadziejnych miejscach. Cóż, miałam dosyć przebywania cały czas obok szkoły i gapienia się na skejtów, których największą umiejętnością jest przejechania po prostej drodze przez jakieś... 5 sekund? No, mniej więcej. No i połaziłyśmy trochę po sklepach (kupiłam sobie 'Dietę miłośniczek czekolady' w wersji mini, bo przecież za te normalne książki płaci się mająteeeeek!), poszłyśmy na lody, a później usiadłyśmy sobie na zewnątrz i obserwowałyśmy wokół ludzi. 
http://24.media.tumblr.com/tumblr_m3g6wh3HfY1qin3w6o1_1280.jpgNo i spotkałam kogoś bardzo interesującego. Kogoś, kto był mi już znany wcześniej. Kogo, kto dręczył mnie w pierwszej i drugiej klasie gimnazjum, bo zakochałam się w jego uroczym kumplu. : ) O tak, mowa o potężnym byczku, który mieszka w jednym bloku z Tobą, Fresa. Haha, miło go było widzieć w PRACY. Totalnie zapomniałam, że raz nie zdał, więc może już pracować w barze i obsługiwać klientów. Nono, muszę powiedzieć, że mile mnie zaskoczył. Tacy właśnie ludzie jak on powinni pracować w tego typu miejscach - są przecież pewni siebie, dowcipni i mają gadane, więc automatycznie przyciągają klientów. No, w każdym razie fajnie było patrzeć, jak lata dookoła z różnymi rzeczami, jak serwuje ludziom jakieś napoje i jak zaczepnie flirtuje z ładnymi kobietami. Jestem z Ciebie dumna, synu!
Dobra, to by było na tyle, nie? Dzisiaj mam zamiar napisać kolejną część historii Fresy i Mesuta Oezila. Wczoraj padłam, jak zobaczyłam, na co mnie stać w chwili potężnej nudy i zarzucania sobie braku ambicji. Awww, wyszła cudowna opowieść o dwójce ludzi, którzy kochają się mimo wszystkich przeciwności losu (np. nietypowego wyglądu głównego bohatera), dlatego jestem z siebie dumna. 
Wystarczy, kochani. I tak się rozpisałam. Adiós! :>

wtorek, 3 lipca 2012

Where do you go?

Dobra, chyba ze mną nie najlepiej, skoro mam zaciesza z efektu chłodzącego w pomadce. Jestem nienormalna.
W każdym bądź razie spędziłam dzisiaj kolejny miły dzień z przyjaciółką na dworze. Pochodziłyśmy po osiedlu, parę razy odwiedziłyśmy McDonalda, w którym było przyjemnie chłodno (czy ktoś może wreszcie wyłączyć te cholerne upały?!) i ogólnie robiłyśmy jedno wielkie NIC. Kolejne wakacje, które swoje ambicje zakończą na przesiadywaniu na dworze i maniaczeniu w anime lub HP Lego. Nie zrozumcie mnie - kocham to. Ale ile można, tak na poważnie?
Chciałabym, żeby mnie tak pocieszał. Ew. wziął w ramiona,
pocałował w główkę i wyszeptał, że wszystko będzie GUT. :C
Każdy chciałby zwiedzić trochę świata, zobaczyć ciekawe miejsca, poznać nowe kultury. No i przede wszystkim chodzi o to, by wyrwać się trochę ze swojego cuchnącego, powiewającego nudą miasta. To znaczy... nie zawsze nasze miejsce zamieszkania musi takie być. Chodzi po prostu o to, że, cóż, przynajmniej ja tak mam, często ma się dosyć otaczającej nas okolicy i chcemy poznać coś nowego.
Na dodatek powinnam wziąć się za pisanie opowiadań, które już zaczęłam. Moje lenistwo osiągnęło chyba jednak poziom hard, bo totalnie nie mam ochoty na branie się za jakąkolwiek twórczość. Zaczęłam opowiadanie fantastyczne, które, z braku lepszych pomysłów, zatytułowałam "Książę Lasu" (wtf?!), jedno o dziewczynie i duchu oraz tysiąceeeee innych.
W piątek wyniki co do przyjęcia do liceum. Myślę, że powinnam się dostać, ale kto ich tam wie. A później na lody, juhu, na lody z ludźmi, z którymi niekoniecznie chcę iść na te lody. Znaczy... z jednym człowiekiem. Wczoraj go spotkałam, czysty przypadek. Chciałam już sobie iść, żeby go ominąć, ale zdążył się pojawić na swoim pięknym rowerze. Zajechał i pierwsze, co powiedział, to: "Fajne włosy". A później totalna olewka.
A Rafał nadal nie ogarnął, o co chodzi. Mimo że powiedziałam, że moje serduszko zostało złamane tego roku, a później chciałam jak najszybciej ulotnić się, by nie spotkać Jego, Rafał nie potrafił połączyć pewnych elementów w jedną całość. Cóż, zgaduję, że skoro to facet, to nie załapie, dopóki nie powie mu się czegoś prosto w twarz.
Dobra, chyba powinnam postawić na pełen chilloucik i spróbować zapomnieć o niektórych osobach. Wkraczamy w nową erę, co?
Najlepsze jest to, co robią ze mną te czerwone włosy. Ledwo wyszłam dzisiaj z domu i już zaczepił mnie starszy chłopak, najpierw się trochę wahając, a później pytając, czy mam papierosa. Hahaha, buntowniczka ze mnie. <3 Miałam z siebie banie.

niedziela, 1 lipca 2012

Lista sześciu najbardziej pociągających piłkarzy Euro 2012 wg Kamci.

6. Imię i nazwisko: David Silva
    Reprezentacja: Hiszpania
    Numer: 21
    Wiek: 26 lat
    Opis: Sama nie wiem, co mi się w nim podoba. Ma 26 lat, choć w żadnym wypadku bym mu tyle nie dała. Wygląda na słodką 18-stkę i jest w nim coś z niesfornego studenta, za którym szaleją inne panny. Może to właśnie ten urok i jego „chłopczykowatość” sprawiają, że Silva zostaje w pamięci, a jego uśmiech przyciąga jak magnes? Cóż, w każdym razie zasłużył na to, by znaleźć się na tej liście.

5. Imię i nazwisko: Cristiano Ronaldo
    Reprezentacja: Portugalia
    Numer: 7
    Wiek: 27 lat
    Opis: Wiem, Ronaldo to „żeluś” itd. i wiele osób narzeka na niego (doskonałym przykładem jest wygwizdanie go przez polską publikę podczas meczu, co, nawiasem mówiąc, nie było zbyt ładnym zachowaniem), ale spójrzmy prawdzie w oczy: jest bogaty, przystojny, konkuruje o tytuł najlepszego piłkarza świata, a taktyka Portugalii podczas Euro 2012 polegała głównie na zasadzie pt. „podajemy do Ronaldo za każdym razem, kiedy uda nam się przejąć piłkę”. O czymś to musi świadczyć, nie? I, przyznam szczerze, smutno mi się zrobiło, kiedy Portugalia przegrała, a Cristiano pogrążył się w żałobie po wygranej Hiszpanii. W każdym razie – mimo potężnych ilości żelu na włosach i odrobinę bubkowatej postawy, Cristiano Ronaldo jest pociągający, a pociągającym facetom wybacza się wszystko. 

4. Imię i nazwisko: Mario Gomez
    Reprezentacja: Niemcy
    Numer: 23
    Wiek: 27 lat
    Opis: Zdaję sobie sprawę, że Niemcy do najładniejszych nie należą, ale jest coś takiego w Gomezie, co nie pozwala mi oderwać od niego oczu. Pierwszy przymiotnik, który przychodzi mi do głowy i którym mogłabym go teraz opisać jest: „męski”. Tak, dokładnie tak. Ma sylwetkę stuprocentowego mężczyzny, to samo z twarzą. Co z tego, że fryzurę postawioną ma na żel? Obecnie wielu piłkarzy tak robi, nie ma w tym nic złego. Ponadto z jego wyglądem kojarzy mi się siła, męstwo, bezpieczeństwo i… dobry mecz! Nie bez przyczyny chyba wybrano go na jednego z pięciu najlepszych strzelców Euro 2012! Cudo.
3. Imię i nazwisko: Iker Casillas
    Reprezentacja: Hiszpania
    Numer: 1
    Wiek: 31 lat
    Opis: Casillas to typ seksownego i pewnego siebie mężczyzny, które może zdobyć każdy cel. Widziałam jego postawę podczas karnych z Portugalią – podczas kiedy Rui Patrioci odczuwał napięcie i stresował się, bo los całej drużyny zależał od niego, Casillas stał na bramce z uśmiechem na twarzy, cały wyluzowany i spokojny. Biło od niego powodzeniem i przekonaniem o swojej wspaniałości. Cóż, może ma rację? No bo, przyznajcie szczerze, ile dziewczyn potrafiłoby oprzeć się komuś takiemu jak on?

2. Imię i nazwisko: Mats Hummels
    Reprezentacja: Niemcy       
    Numer: 16
    Wiek: 24 lata
    Opis: Jejku, od czego się zaczęło? Ach tak, od tej nieszczęsnej reklamy Nutelli, w której wystąpił obok Oezila i paru innych. Kiedy go tam zobaczyłam, szczęka mi opadła. To ma być Niemiec? Wygląda jak model, piosenkarz lub gwiazda filmowa – w każdym razie ktoś, kogo twarz powinna codziennie być wystawiana do publiczności. Jego uśmiech, spojrzenie i te ciemne włosy – wszystko to sprawia, że rozpływam się, kiedy tylko o nim pomyślę. Wprawdzie nawalił trochę w półfinale z Włochami, bo w dużej mierzej to jego winą była pierwsza bramka, którą stracili Niemcy, ale… no, nie potrafię go winić, kiedy widzę jego słodką twarz. Nie dziwię się, że to jego wzięli do reklamy Nutelli!

1. Imię i nazwisko: Thomas Müller
    Reprezentacja: Niemcy       
    Numer: 13
    Wiek: 23 lata
    Opis: Mogłabym godzinami rozpływać się nad wspaniałością tego chłopaka. Przystojny, dobry gracz… i ma dziewczynę (jak to się mówi: „każdy wagon da się wykoleić”, nie?). Trochę boli mnie to, że Joachim Loew tak mało wystawiał go w ostatnich meczach, ale to on tu jest tym doświadczonym i mądrym, więc nie będę się kłócić. Właściwie to dziwi mnie, że dostrzegłam Müllera już dwa lata temu podczas MŚ w RPA, kiedy byłam jeszcze takim dzieciaczkiem. Już wtedy postanowiłam sobie, że będzie moim mężem. To co, jedziemy do Niemiec, nie? 

I just wanted your love.

Siema, ludziska, jak tam wakacje? Czujecie, że to już? Bo do mnie jakoś jeszcze nie dotarło, że mam dwa miesiące wolnego i mogę z nimi zrobić, co tylko mi się podoba. Z resztą... cholernie dużo rzeczy mam do zrobienia, więc nie wiem, czy nawet TEN czas mi wystarczy. Sama tego nie rozumiem, ale naszła mnie dziwna ochota na douczenie się w języku niemieckim. Niby go nienawidzę itd., ale jednak przydałby mi się po coś, nie? Poza ty, tak szczerze, strasznie męczy mnie fakt, iż uczyłam się tego języka sześć lat i nie wyniosłam z tego nic poza przedstawieniem się i podaniem swojego wieku. Poważnie, trzeba coś z tym zrobić. Zwłaszcza że mój przyszły mąż jest z Niemiec (nieważne, że ma żonę, szybko się z nią rozwiedzie, bo spotka na swojej drodze MNIE, muahaha) i wypadałoby umieć coś do niego powiedzieć. Widzieliście reklamy Nutelli w wykonaniu reprezentacji Niemiec? Oezil, Hummels i reszta dali z siebie wszystko moim skromnym zdaniem. :D 
Ostatnie dwa dni były bardzo pozytywne i mimo wczorajszego napływu emocji, świetnie bawiłam się z dziewczynami. Wypad do Galerii Łódzkiej, jedzenie lodów na chore gardło, wycieczka do parku Poniatowskiego i nauka bardzo użytecznych zwrotów po hiszpańsku ("Chcę się z tobą rozwieść, mam innego. Nie chcę już z tobą być."), a później siedzenie na ławeczce i przyciąganie fajnych facetów (zwłaszcza jednego opalonego i trochę już starego) było zarąbiste. <3 No i dzisiaj wypad z Fresą i krążenie po osiedlu - świetna sprawa. Dziwne było tylko pojawienie się pewnego pana, o którym sama nie wiem, co sądzić. Jest dosyć specyficzny, a w jego wypowiedziach kryje się więcej podtekstów seksualnych niż wody w wodzie smakowej. No, w każdym razie tak chcę przeżyć całe wakacje - czytać tony książek, słuchać dobrej muzyki, spotykać się ze znajomymi całymi dniami, pisać opowiadania i uczyć się języków. Wakacje idealne, prawdę Wam powiadam. <3
Mam takie ładne zdjęcie Mullera i Oezila i napatrzeć się na to nie mogę. *o* A Wy co sądzicie? 
http://24.media.tumblr.com/tumblr_m6f2jdOOk01r59nbfo1_500.jpg Dobra, kochani, to na tyle dzisiaj. Jutro wstawię Wam moją listę "top sześciu najbardziej pociągających piłkarzy Euro 2012 wg Kamci". Haha, nie wierzę, że takową stworzyłam. To chyba wynik nudów i demoralizacji, której stale doświadczam w towarzystwie niektórych osób. Nieważne, i tak to kocham. <3
Trzymajcie się. Do (mentalnego) spotkania na meczu Hiszpania - Włochy. Ciekawe, czy i tym razem wynik nas zaskoczy?