Pierwszy krążek Linkin Park – Hybrid Theory - który określił ich jako grupę nu-metalową, pełen
był ciężkiego brzmienia i niezwykłych wrzasków Chestera, które w późniejszym
czasie stały się jego charakterystyczną cechą. Następnie Meteora – tak samo naładowana mocnymi kawałkami, w tym znanym
wszystkim ludziom „Numb” – która jedynie utwierdziła ludzi w przekonaniu, że
Linkin Park to wielka grupa z niewiarygodnym talentem. Minutes To Midnight wciąż pokazywał nam to samo, ale jednak już
można było dostrzec jakieś zmiany. Niczego nieświadomi przechodzimy do A Thousand Suns, które zaskakuje nas w
całej swojej okazałości. Co stało się z naszym starym, ukochanym zespołem? Co z
energicznymi, naładowanymi mocą piosenkami, z których znany był Linkin Park? O
co chodzi z tymi wolnymi, odrobinę, jak na mój gust, smętnymi kawałkami, tak
zupełnie dalekimi od tego, co do tej pory tworzyli chłopcy? Po kilku
przesłuchaniach można było wprawdzie przyzwyczaić się do tego krążka, jednak w
głowie krążyła jedna myśl: „To już nie jest ten sam zespół”. Czego więc można
było się spodziewać po Living Things?
Szczerze
przyznam, że obawiałam się nowej płyty; już na samym początku zaznaczam, że całym
swym sercem byłam za powrotem gitar i charakterystycznego dla Chestera wrzasku,
którym może się pochwalić. Kiedy usłyszałam, że na nowej płycie pojawi się
trochę więcej starego brzmienia, gwałtownie się ożywiłam i w moim sercu
pojawiła się jakaś nadzieja. Od razu jednak zgasła - czy nie było wiadome, że
nadal chcą iść drogą obraną przez A Thousand
Suns?
To sprawiło, że długo zwlekałam z sięgnięciem po
płytę. Ciekawość jednak jak zwykle wygrała i postanowiłam przesłuchać najnowsze
dzieło Linkin Park, wciąż modląc się o cud, który sprawi, że płyta będzie tego
warta.
Nie wiem, czego spodziewałam się po pierwszym
odtworzeniu wszystkich kawałków. Na pewno nie tego, że wywołają one we mnie tak
potężne emocje i dosłownie wcisną w siedzenie. Cóż, przynajmniej większość z
nich. Czy to możliwe, by usatysfakcjonowały mnie piosenki, które odbiegały
bardzo od tego, co tak niezmiennie kochałam w zespole? Przyjrzyjmy się temu z
bliska.
„Lost in the Echo” zaczyna się od dźwięków, które z
pewnością nie usatysfakcjonują fana starego brzmienia Linkin Park. Zaraz
później wchodzi Mike i piosenka od razu staje się lepsza. Chwytliwy refren z
Chesterem, jego wrzaski na koniec, tekst, który trafi do większości, a także
instrumenty, których brakowało na ostatniej płycie – wszystko to sprawia, że
piosenka zapowiada płytę całkiem nieźle.
Później „In My Remains”. I od samego początku szok –
wreszcie pojawiają się gitary z prawdziwego zdarzenia! Gitary, za którymi tak
tęskniliśmy podczas słuchania A Thousand
Suns! Zwrotki może nie zachęcają zbyt bardzo, jednak to dopiero refren i
tekst sprawiają, że docenia się tę piosenkę. Niewątpliwie mój ulubiony kawałek
na płycie.
Już od dłuższego czasu każdy prawdziwy fan, a nawet i
nie fan, zespołu zna „Burn It Down”. Mimo że piosenka różni się od dzieł
przedstawionych na „Hybri Theory” i „Meteora”, ma w sobie coś takiego, że
chętnie się jej słucha. Mój tata stwierdził, że podoba mu się wejście Mike’a i
jego rap połączony ze śpiewem Chestera. Zastanowiłam się nad tym - rzeczywiście niezłe połączenie. Wydaje mi się
jednak, że na poprzednich płytach było ich o wiele, wiele więcej. Z drugiej
jednak strony, patrząc na reakcję ludzi obecnych na OWF w Warszawie tego roku,
nie dziwo, że to właśnie ten kawałek wybrano na singiel, który promował cały
album.
Kiedy przychodzi pora na „Lies Greed Misery”, zagryzam
tylko wargę i zastanawiam się nad celem tej piosenki. Chociaż tekst jest ostry,
podłożono go do skocznej muzyki, która, dla kogoś, kto zna język, nie pasuje do
tego rodzaju słów. W pewnym momencie Chester zaczyna się drzeć i jest to chyba
jedyny moment piosenki, który naprawdę lubię. Zamysłu całej reszty nadal nie
pojęłam, chociaż mam nadzieję, że jeszcze przyjdzie mi to zrozumieć.
„I’ll Be Gone”
od samego początku zapowiada się nieźle. Wchodzą gitary, nagle muzyka
łagodnieje i Chester zaczyna śpiewać. Refren jednak znowu porywa i daje nam
niesamowitą dawkę poweru, a także głęboki tekst, czyli coś, co w Linkin Park cenię najbardziej.
„Castle Of Glass” to chyba najbardziej zaskakująca piosenka
na albumie. Tekst kojarzy mi się z jakąś baśnią, a melodia to coś, czego
jeszcze u tego zespołu nie słyszałam. Przy pierwszym odsłuchaniu kawałek wydaje
się być dziwnym eksperymentem zespołu, ale już po kilku kolejnych odtworzeniach
zyskuje na wartości.
Nadal nie wiem, co sądzić o „Victimized”. Piosenka
kojarzy mi się przede wszystkim z „Blackout” z poprzedniego albumu, z tym, że
jest o wiele gorsza. Rap Shinody przerywany jest przez jakże ambitny refren
składający się z trzech słów i, o ile dobrze zrozumiałam, ma być podkreślony
przez szaleńczy wrzask Chestera, który „nigdy więcej nie chce być prześladowany”.
Cóż, w to darcie się włożył tyle siły, że na pewno przekaz zostanie zrozumiany.
Kolejne jest „Road Untraveled” z najprawdziwszym chyba
tekstem z całej płyty. Nie jest może on zbyt długi, jednak sądzę, że każdy go
zrozumie i odnajdzie się w tych słowach. Dzwoneczki na początku dodają klimatu,
a przepełnione bólem i rozpaczą „oooo” tylko potęguje uczuciowość piosenki.
„Skin To Bone” to dosyć ciekawa kompozycja, choć
według mnie panuje w niej trochę za dużo chaosu. Z pewnością jest to
charakterystyczna piosenka, mnie jednak, poza ostatnimi trzydziestoma
sekundami, nie urzekła.
Och, wspomniałam o chaosie? Następna piosenka – „Until
It Breaks” – trwa niecałe cztery minuty, a mimo to mam wrażenie, że jest
znacznie dłuższa. Komiczny rap Mike’a, później złagodzenie piosenki przez
Chestera, znów wchodzi Mike, no i niesamowita końcówka – śpiewający Brad! Och,
przepraszam, Brad, kocham cię i w ogóle, ale ta piosenka? Nie mogłeś wybrać
czegoś lepszego? Wybaczcie, jeżeli komuś podoba się ten kawałek, ale jak dla
mnie jest to jeden wielki miszmasz. Nigdy nie zrozumiem sensu tej piosenki i
nigdy jej też nie polubię. Najsłabsza kompozycja ever.
„Until It Breaks” zgrabnie przechodzi w „Tinfoil”,
która, choć krótka, od razu oczarowuje i sprawia, że zapomina się o otaczającym
nas świecie. Naprawdę, jestem pod wielkim wrażeniem kompozycji, która, jak się
okazuje chwilę później, jest łagodnym początkiem „Powerless”.
No i oto jest – ostatnia piosenka na płycie. Nie bez
powodu wybrano ją do filmu Abraham Lincoln: Vampire Hunter – na początku spokojna i
poruszająca, później natomiast zamienia się w rozpaczliwy krzyk Chestera,
krzyczącego: „bezsilny”. Szczególnie
podoba mi się tutaj muzyka i brzmienie utworu jakieś półtorej minuty przed
końcem. Cudowna.
Ciężko pisać mi podsumowanie, bo jest we mnie tyle
odmiennych emocji związanych z tą płytą. Z jednej strony ogromnie się cieszę,
bo zespół w jakiś sposób powrócił do swojego starego
brzmienia, nie odchodząc jednocześnie od eksperymentów. Krążek zupełnie
odmienił moje podejście do najnowszej muzyki chłopców – wraz z milionami ludzi
czułam się pokrzywdzona, kiedy usłyszałam A
Thousand Suns, bo nikt nie był przyzwyczajony do zespołu w takim wydaniu.
Wydaje mi się jednak, że ten album zaprowadził ich do czegoś naprawdę dobrego –
do Living Things. Kiedy pierwszy raz
odsłuchałam płytę, byłam pod wielkim wrażeniem i z upływem czasu uświadomiłam
sobie, że może taka zmiana była dla zespołu korzystna. Gdyby pozostali przy
starym brzmieniu i kolejne płyty brzmiałyby jak Hybrid Theory czy Meteora,
ludzie szybko znudziliby się taką muzyką. Grupa postawiła jednak na swój rozwój
i bardzo ich za to podziwiam – mimo tak negatywnych opinii zagorzałych fanów
zabrali się za coś zupełnie nowego i zaczęli próbować nowych rzeczy. Minusem
płyty jest natomiast to, że nie ma w niej zbyt wiele odkrywania, przez co w
szybkim tempie może się znudzić. Odróżnia ją to całkowicie od początkowej
twórczości muzyków, co przyznaję, niestety, z wielkim bólem.
Dla tych, którzy nie przekonali
się zbytnio do Living Things – na
płycie widać już jakiś postęp, jeśli chodzi o gitary i inne instrumenty, które
wypierają elektroniczną papkę narzuconą nam na wcześniejszym albumie. Czas
pokaże, co nowego przyniesie nam działalność chłopaków. Mam nadzieję, że same
dobre rzeczy! : )