czwartek, 19 lipca 2012

Moje wrażenia po "Living Things" Linkin Park!


Pierwszy krążek Linkin Park – Hybrid Theory - który określił ich jako grupę nu-metalową, pełen był ciężkiego brzmienia i niezwykłych wrzasków Chestera, które w późniejszym czasie stały się jego charakterystyczną cechą. Następnie Meteora – tak samo naładowana mocnymi kawałkami, w tym znanym wszystkim ludziom „Numb” – która jedynie utwierdziła ludzi w przekonaniu, że Linkin Park to wielka grupa z niewiarygodnym talentem. Minutes To Midnight wciąż pokazywał nam to samo, ale jednak już można było dostrzec jakieś zmiany. Niczego nieświadomi przechodzimy do A Thousand Suns, które zaskakuje nas w całej swojej okazałości. Co stało się z naszym starym, ukochanym zespołem? Co z energicznymi, naładowanymi mocą piosenkami, z których znany był Linkin Park? O co chodzi z tymi wolnymi, odrobinę, jak na mój gust, smętnymi kawałkami, tak zupełnie dalekimi od tego, co do tej pory tworzyli chłopcy? Po kilku przesłuchaniach można było wprawdzie przyzwyczaić się do tego krążka, jednak w głowie krążyła jedna myśl: „To już nie jest ten sam zespół”. Czego więc można było się spodziewać po Living Things?
 Szczerze przyznam, że obawiałam się nowej płyty; już na samym początku zaznaczam, że całym swym sercem byłam za powrotem gitar i charakterystycznego dla Chestera wrzasku, którym może się pochwalić. Kiedy usłyszałam, że na nowej płycie pojawi się trochę więcej starego brzmienia, gwałtownie się ożywiłam i w moim sercu pojawiła się jakaś nadzieja. Od razu jednak zgasła - czy nie było wiadome, że nadal chcą iść drogą obraną przez A Thousand Suns?
To sprawiło, że długo zwlekałam z sięgnięciem po płytę. Ciekawość jednak jak zwykle wygrała i postanowiłam przesłuchać najnowsze dzieło Linkin Park, wciąż modląc się o cud, który sprawi, że płyta będzie tego warta.
Nie wiem, czego spodziewałam się po pierwszym odtworzeniu wszystkich kawałków. Na pewno nie tego, że wywołają one we mnie tak potężne emocje i dosłownie wcisną w siedzenie. Cóż, przynajmniej większość z nich. Czy to możliwe, by usatysfakcjonowały mnie piosenki, które odbiegały bardzo od tego, co tak niezmiennie kochałam w zespole? Przyjrzyjmy się temu z bliska.
„Lost in the Echo” zaczyna się od dźwięków, które z pewnością nie usatysfakcjonują fana starego brzmienia Linkin Park. Zaraz później wchodzi Mike i piosenka od razu staje się lepsza. Chwytliwy refren z Chesterem, jego wrzaski na koniec, tekst, który trafi do większości, a także instrumenty, których brakowało na ostatniej płycie – wszystko to sprawia, że piosenka zapowiada płytę całkiem nieźle.
Później „In My Remains”. I od samego początku szok – wreszcie pojawiają się gitary z prawdziwego zdarzenia! Gitary, za którymi tak tęskniliśmy podczas słuchania A Thousand Suns! Zwrotki może nie zachęcają zbyt bardzo, jednak to dopiero refren i tekst sprawiają, że docenia się tę piosenkę. Niewątpliwie mój ulubiony kawałek na płycie.
Już od dłuższego czasu każdy prawdziwy fan, a nawet i nie fan, zespołu zna „Burn It Down”. Mimo że piosenka różni się od dzieł przedstawionych na „Hybri Theory” i „Meteora”, ma w sobie coś takiego, że chętnie się jej słucha. Mój tata stwierdził, że podoba mu się wejście Mike’a i jego rap połączony ze śpiewem Chestera. Zastanowiłam się nad tym -  rzeczywiście niezłe połączenie. Wydaje mi się jednak, że na poprzednich płytach było ich o wiele, wiele więcej. Z drugiej jednak strony, patrząc na reakcję ludzi obecnych na OWF w Warszawie tego roku, nie dziwo, że to właśnie ten kawałek wybrano na singiel, który promował cały album.
Kiedy przychodzi pora na „Lies Greed Misery”, zagryzam tylko wargę i zastanawiam się nad celem tej piosenki. Chociaż tekst jest ostry, podłożono go do skocznej muzyki, która, dla kogoś, kto zna język, nie pasuje do tego rodzaju słów. W pewnym momencie Chester zaczyna się drzeć i jest to chyba jedyny moment piosenki, który naprawdę lubię. Zamysłu całej reszty nadal nie pojęłam, chociaż mam nadzieję, że jeszcze przyjdzie mi to zrozumieć.
 „I’ll Be Gone” od samego początku zapowiada się nieźle. Wchodzą gitary, nagle muzyka łagodnieje i Chester zaczyna śpiewać. Refren jednak znowu porywa i daje nam niesamowitą dawkę poweru, a także głęboki tekst, czyli coś, co w Linkin Park cenię najbardziej.
„Castle Of Glass” to chyba najbardziej zaskakująca piosenka na albumie. Tekst kojarzy mi się z jakąś baśnią, a melodia to coś, czego jeszcze u tego zespołu nie słyszałam. Przy pierwszym odsłuchaniu kawałek wydaje się być dziwnym eksperymentem zespołu, ale już po kilku kolejnych odtworzeniach zyskuje na wartości.
Nadal nie wiem, co sądzić o „Victimized”. Piosenka kojarzy mi się przede wszystkim z „Blackout” z poprzedniego albumu, z tym, że jest o wiele gorsza. Rap Shinody przerywany jest przez jakże ambitny refren składający się z trzech słów i, o ile dobrze zrozumiałam, ma być podkreślony przez szaleńczy wrzask Chestera, który „nigdy więcej nie chce być prześladowany”. Cóż, w to darcie się włożył tyle siły, że na pewno przekaz zostanie zrozumiany.
Kolejne jest „Road Untraveled” z najprawdziwszym chyba tekstem z całej płyty. Nie jest może on zbyt długi, jednak sądzę, że każdy go zrozumie i odnajdzie się w tych słowach. Dzwoneczki na początku dodają klimatu, a przepełnione bólem i rozpaczą „oooo” tylko potęguje uczuciowość piosenki.
„Skin To Bone” to dosyć ciekawa kompozycja, choć według mnie panuje w niej trochę za dużo chaosu. Z pewnością jest to charakterystyczna piosenka, mnie jednak, poza ostatnimi trzydziestoma sekundami, nie urzekła.
Och, wspomniałam o chaosie? Następna piosenka – „Until It Breaks” – trwa niecałe cztery minuty, a mimo to mam wrażenie, że jest znacznie dłuższa. Komiczny rap Mike’a, później złagodzenie piosenki przez Chestera, znów wchodzi Mike, no i niesamowita końcówka – śpiewający Brad! Och, przepraszam, Brad, kocham cię i w ogóle, ale ta piosenka? Nie mogłeś wybrać czegoś lepszego? Wybaczcie, jeżeli komuś podoba się ten kawałek, ale jak dla mnie jest to jeden wielki miszmasz. Nigdy nie zrozumiem sensu tej piosenki i nigdy jej też nie polubię. Najsłabsza kompozycja ever.
„Until It Breaks” zgrabnie przechodzi w „Tinfoil”, która, choć krótka, od razu oczarowuje i sprawia, że zapomina się o otaczającym nas świecie. Naprawdę, jestem pod wielkim wrażeniem kompozycji, która, jak się okazuje chwilę później, jest łagodnym początkiem „Powerless”.
No i oto jest – ostatnia piosenka na płycie. Nie bez powodu wybrano ją do filmu Abraham Lincoln: Vampire Hunter – na początku spokojna i poruszająca, później natomiast zamienia się w rozpaczliwy krzyk Chestera, krzyczącego: „bezsilny”. Szczególnie podoba mi się tutaj muzyka i brzmienie utworu jakieś półtorej minuty przed końcem. Cudowna.
Ciężko pisać mi podsumowanie, bo jest we mnie tyle odmiennych emocji związanych z tą płytą. Z jednej strony ogromnie się cieszę, bo zespół w jakiś sposób powrócił do swojego starego brzmienia, nie odchodząc jednocześnie od eksperymentów. Krążek zupełnie odmienił moje podejście do najnowszej muzyki chłopców – wraz z milionami ludzi czułam się pokrzywdzona, kiedy usłyszałam A Thousand Suns, bo nikt nie był przyzwyczajony do zespołu w takim wydaniu. Wydaje mi się jednak, że ten album zaprowadził ich do czegoś naprawdę dobrego – do Living Things. Kiedy pierwszy raz odsłuchałam płytę, byłam pod wielkim wrażeniem i z upływem czasu uświadomiłam sobie, że może taka zmiana była dla zespołu korzystna. Gdyby pozostali przy starym brzmieniu i kolejne płyty brzmiałyby jak Hybrid Theory czy Meteora, ludzie szybko znudziliby się taką muzyką. Grupa postawiła jednak na swój rozwój i bardzo ich za to podziwiam – mimo tak negatywnych opinii zagorzałych fanów zabrali się za coś zupełnie nowego i zaczęli próbować nowych rzeczy. Minusem płyty jest natomiast to, że nie ma w niej zbyt wiele odkrywania, przez co w szybkim tempie może się znudzić. Odróżnia ją to całkowicie od początkowej twórczości muzyków, co przyznaję, niestety, z wielkim bólem.
Dla tych, którzy nie przekonali się zbytnio do Living Things – na płycie widać już jakiś postęp, jeśli chodzi o gitary i inne instrumenty, które wypierają elektroniczną papkę narzuconą nam na wcześniejszym albumie. Czas pokaże, co nowego przyniesie nam działalność chłopaków. Mam nadzieję, że same dobre rzeczy! : )
Ocena płyty: 8/10


2 komentarze:

  1. Wow, zdecydowałaś się na recenzję... Sama byłam ciekawa tej płyty, słyszałam wiele - najpierw wysokie oczekiwania, potem strach, że to może nie być jednak "coś od starych Linkinów", a po wydaniu absolutny zachwyt fanów. Ja na pewno fanką nie jestem i słucham ich tylko kiedy BARDZO mam na to ochotę, ale wolę starych ich niż tych nowych.

    Ogólnie dobra recenzja, może zgłoś się do Onetu, bo jak czytam opinie tamtejszych recenzentów to mam ochotę dusić.

    OdpowiedzUsuń
  2. Uwielbiam ich! Świetna recenzja, świetny blog. Bardzo mi się tu podoba ;)

    OdpowiedzUsuń