poniedziałek, 10 grudnia 2012

Welcome To The Universe

Dobra, to wszystko trochę bez sensu. Błędy, które robimy i tak dalej. I tak się nie nauczymy, prawda? No, chyba że jest się kimś innym niż ja. Okej, zapomnijmy o mnie. Cały czas popełniam jakieś błędy, jeden powoduje ciąg kolejnych pięćdziesięciu. Moje życie przy tym jest takie nudne, że nawet nie mogę powiedzieć, by te pomyłki wprowadzały odrobinę chaosu do mojego życia. Nie, wręcz przeciwnie - wszystko zawsze wygląda tak samo.
Gdybyście mieli napisać do siebie list i otrzymać go dopiero za kilkadziesiąt lat, co byście powiedzieli swojej przyszłej wersji? Upomnielibyście ją, przekazalibyście jakieś nauki życiowe i przypomnielibyście, którą drogą powinniście iść? Czy może zwyczajnie zaczęlibyście sobie żartować z zaistniałej sytuacji? Ja sama nie wiem, co mogłabym napisać w takim liście - byłoby dziwne korespondować ze swoją starszą wersją albo przynajmniej dać jej parę słów z młodości. Przez te kilkanaście lat i tak możemy zrobić wiele głupich rzeczy.
Life sucks. And the only way to stay alive is... Fuck, I don't even know the answer.

sobota, 17 listopada 2012

Only Happy When It Rains

Kochani moi, nawet nie wiem, jak wyrazić to, co czuję. Każdy koncert jest jedyny i niepowtarzalny i każdy z nich na swój sposób wyjątkowy. Byłam już na dwóch takich wielkich występach i na jednym festiwalu muzycznym i z każdym z tych wydarzeń mam jakieś szczególne wspomnienia, związane tylko z nim.
Nie inaczej było tym razem. Było... magicznie? Cudownie, niepowtarzalnie, ciepło (nie tylko z powodu temperatury rozgrzanych i spoconych ciał skaczących dookoła) i intymnie. Taki mały koncercik dla fanów Garbage z Polski, bo przecież nie ma w naszym kraju zbyt wielu ich fanów (pomińmy kwestię tego, że z Gdańska niewiele osób ma ochotę jechać do Krakowa). No i tutaj pierwsze zaskoczenie - praktycznie tylko 1/3 publiczności pochodziła stąd. Reszta - z różnych części świata: była więc Argentyna, Anglia, Włochy... (Flaga tego pierwszego państwa obok naszej własnej to też niecodzienne przeżycie) Dobrze, że muzyka potrafi tak jednoczyć ludzi, bez względu na wiek czy język, którym mówimy, prawda? Z drugiej jednak strony zastanawiam się nad tym, jak obcokrajowcom opłacało się przyjeżdżać z tak daleka (ja narzekałam na Kraków, a mieszkam w Łodzi...)?
Druga sprawa - klub, w którym zagrało dla nas Garbage. Początkowo miała to być Hala Wisły, później zmieniono na o wiele mniejszy klub Kwadrat (czyżby problemy ze sprzedażą biletów?). Obawiałam się, że zostanę zmiażdżona i zdeptana, a później będę narzekać, ale nie chciałam od razu nastawiać się do tego negatywnie. Wprawdzie później i tak zostałam skopana i zmiażdżona, ale nie mówię, że się nie opłacało - zresztą sama chyba dałam się we znaki paru osobom stojącym najbliżej ;p
Co mogę powiedzieć o samym koncercie? Wspaniały. Idealny. Po prostu wymarzony. Coś w rodzaju Gunsów na początku ich kariery - mały klubik, zbite kłęby ciał i gorąca temperatura, zmysłowe oświetlenie i super zespół na scenie (no, o wiele delikatniejszy). Shirley to doskonała wokalistka - zero playbacku, głos w formie, doskonały kontakt z publicznością (tak że miało się wrażenie, że patrzy TYLKO i wyłącznie na Ciebie i nikt nie mógł poczuć się pominięty), wychwalanie piękna Krakowa i dużo radości, a także nikczemny śmiech, który rozbawił całą publikę... No i zespół - zachowywali sie tak naturalnie i luźno, a na dodatek nadali rockowego brzmienia bardziej elektronicznym kawałkom... Cudo! A Duke Erikson, nie wstyd mi to przyznać, znów podbił me serce i mogłam zakochać się na nowo. Zwłaszcza jego wybitny popis wokalny na koniec sprawił, że aż się zatrzęsłam... ze śmiechu! :D Kochany facet! I Butch, tak dumny ze swojego kolegi, wskazywał go z wielką radością. <3
Koncert najlepszy w moim życiu! Kameralne występy zawsze są najlepsze. I najbardziej zapadają nie w pamięci, a w... sercu własciwie. :)

poniedziałek, 12 listopada 2012

The Story

W człowieku jest tyle emocji i uczuć, niestety często ze sobą sprzecznych... Jesteśmy skomplikowanymi istotami, to fakt, ale czy nie prawdą jest to, że odkrywanie prawdy i różnych tajemnic o sobie samym może być ekscytujące?
Zaczęłam poznawać siebie. Na nowo. Liceum to zupełnie inna bajka niż ta, w której żyłam do tej pory, i myślę, że to właśnie ten wiek, w którym człowiek zaczyna dokładnie wszystko analizować. W każdym razie ja tak mam, a zwracam uwagę praktycznie na wszystko, co tylko czyni ze mnie doskonałego obserwatora. Jako "artysta" (pozwólcie mi nazywać tak siebie, jako że każdy, kto tworzy, ma w sobie coś z artysty) wszystko odczuwam mocniej i mam pewne zdolności do przeżywania choćby najdrobniejszej sytuacji. Prawda jest taka, że możemy cieszyć się z każdej małej rzeczy, choćby z ponownego usłyszenia piosenki, która kiedyś sporo dla nas znaczyła. Z czyjegoś uśmiechu czy spojrzenia, ze zwykłego spotkania w gronie właściwych osób albo nawet z powodu głupiej trójki plus ze sprawdzianu z chemii, po którym spodziewaliśmy się jak najgorszych wieści.
Zło i smutek otacza nas ze wszystkich stron. Ważne jest jednak, by mieć siłę napędową, która pozwoli nam przeżyć kolejne dni i da ochronę przed negatywnymi uczuciami przynajmniej na krótki czas. Moją siłą napędową są przyjaciele - ci prawdziwi. Nie jacyś tam znajomi z nowej szkoły, klasy czy podwórka. Nie oznacza to jednak, że oni też nie odgrywają jakiejś tam roli w naszym życiu. Tu liczą się jednak ludzie, którzy zrobiliby dla Ciebie wszystko, a także którzy potrafią porzucić własne sprawy, by móc być przy Tobie w trudnych chwilach.
Nie chciałam być źle postrzegana przez otoczenie. Teraz jednak, kiedy poczyniłam pewne postępy w dostrzeganiu niektórych rzeczy, nie boli mnie to tak bardzo jak wcześniej. Nieważne, jak wielu ma się znajomych, którzy zwracają na ciebie czasami uwagę, nie chodzi o to, by każdy nas lubił, prawda? Liczy się to, że są gdzieś na tym świecie osoby, u których zajmuje się spore miejsce w życiu czy sercu. To wszystko, co wystarcza do szczęścia. A jeśli nie można być w danym otoczeniu sobą (bez żadnej maski!), wtedy coś jest nie tak, a my zaczynamy dusić się, bo brakuje nam przestrzeni i mamy dosyć tego, czym się staliśmy.
No, to chyba tyle przemyśleń na dzisiaj. I tak nie jestem w stanie wyrazić tu tego, co naprawdę dzieje się w mojej głowie... (Czy to nie znak, że kiepska ze mnie pisarka?)

wtorek, 28 sierpnia 2012

Wakacyjni mistrzowie, czyli co pobiło moje serce wręcz śpiewająco.

Hej, ludziska, dawno nie pisałam, ale to z powodu braku motywacji. Mam prowadzić bloga dla zaledwie jednej osoby, która czyta te moje wypociny? Taa, jasne. No, w każdym razie zebrałam się jakoś, bo mi się nudziło, i piszę teraz o siedmiu zespołach, które trafiły do mnie najbardziej w czasie wakacyjnych wędrówek po świecie muzyki.
7) Silversun Pickups
Rozwodziłam się o nich w jednej, oddzielnej notce, która miała na celu podsumowanie ich całego dorobku muzycznego. Trochę za słabo oceniłam ich pierwszą i ostatnią płytę, jednak po kilku odtworzeniach dostrzegam w nich prawdziwy potencjał i dobry materiał. Pokochałam te piosenki, które wcześniej były dla mnie bez życia, więc uprzedzam, że trzeba poświęcić temu trochę więcej czasu. Nie pożałujecie!
6) Mötley Crüe
Okej, wzięłam się za nich z koleżanką, ot tak, z ciekawości, co to za kapela, która miała na pieńku ze słynnymi Guns N' Roses. Muzyka naprawdę dobra, choć sami ci kolesie wyglądają nieco jak transwestyci (przepraszam, jeśli kogoś obraziłam tymi słowami, to tylko moje luźne spostrzeżenie). Muzyka, moim zdaniem, brzmi, jakby była niedopracowana i surowa, chociaż myślę, że chłopaki włożyli sporo pracy, by brzmiała właśnie w ten, a nie inny sposób. Według mnie piosenki dają kopa, bo są energiczne i naładowana entuzjazmem i zaangażowaniem. Żadnego smęcenia, czyste szaleństwo. 
5) The Cult
O tym zespole też pisałam osobną notkę, więc długo mówić nie będę: głos Iana wymiata, a muzyka - dopracowana w każdym szczególe. Choice Of Weapon (najnowsza płyta) + Love to moi absolutni faworyci, ale poza tym panowie dorobili się naprawdę wyśmienitej muzyki. 
4) The Killers
Ach, jakże jestem zła, że nie dane było mi ich zobaczyć w tym roku na Coke Live Music Festival. Był ktoś? Hej, jeśli nie znacie ich muzyki, to radzę jak najprędzej się za nią zabrać, bo goście rządzą! Głęboki wokal i idealnie dopasowana linia melodyjna - dla mnie bomba! Oni też dają sporo energii, a przy okazji mają parę mocniejszych kawałków. Dwie pierwsze płyty są dla mnie perfekcyjne, najnowsza natomiast odrobinę gorsza i mniej porywająca, ale, hej, zawsze mogą dopaść nas gorsze dni, nie?
3) Sex Pistols
Ach, absolutny klasyk, kto by o nich nie słyszał? Przyznaję - muzyka oryginalna, specyficzna, ale za to jaka wyjątkowa! Jak to moja kumpela stwierdziła - kiedy pierwszy raz odtworzyła SP, pomyślała, że ktoś usunął wokal i podłożył swój głos. Nie, naprawdę, tak śpiewał wokalista grupy - Johnny Rotten - ale oznajmiam wszem i wobec, że DA SIĘ PRZYZWYCZAIĆ, poważnie. Jasne, z samego początku człowiek jest zaszokowany tą muzyką i może nawet dać sobie z nią spokój, jak ja na przykład, ale wróciłam do tego, tak? Piosenki zapadły mi w pamięć i, jejku, jeszcze nigdy nie słyszałam czegoś tak energicznego i... świeżego. Inspirujące, powaga, radzę sięgnąć po ten niewątpliwie inny klasyk. 
2) Three Days Grace
Zasługa kochanej Fresy, że zaczęłam słuchać tego zespołu. Kojarzycie może film Szansa Na Sukces z Hilary Duff? Film zaczyna się bowiem od koncertu tej kapeli, a potem, cóż, wszystko idzie coraz gorzej. W każdym razie... Błagam, jeśli chcecie poznać trochę ich muzyki, nie zaczynajcie od pierwszych płyt. Z czystym sumieniem mogę Wam powiedzieć, że nie jest to zbyt dobre czy ambitne, chociaż sama żałuję, że nie jest inaczej. Moim sercem zawładnął raczej krążek One X, a zaraz po nim Life Starts Now. Dopiero po tym możecie, o ile będziecie jeszcze chcieli, zabrać się za pozostałą twórczość kapeli. No i przypominam o nowym krążku chłopaków, który nadchodzi już niedługo!
1) Van Halen
Nadchodzą lepsze czasy, zaraz później gorsze. Nie wiem, jak podchodzą do tego krytycy, ja natomiast mówię tak: idealny debiut, cudowna płyta z '78 i wspaniałe brzmienie - to właśnie zapewniło takie wybicie się kapeli. Dalsze krążki? Słabsze, ale ujdą w tłoku. Dochodzę do Diver Down i na mojej twarzy znów pojawia się szeroki uśmiech z powodu wybitnego krążka. To właśnie moje dwie ulubione płyty w dorobku Van Halen, chociaż nie mówię, że nie zmienię zdania - zespół ma aż 11 płyt (a właściwie 12 , licząc tę, która wyszła w tym roku!), które ciężko ogarnąć w jeden wieczór. Jedno jest pewne - pokochałam ich muzykę i nie mogę się doczekać, aż przesłucham ich najnowsze dzieło. Pełną relację znajdziecie na blogu, rzecz jasna.

środa, 15 sierpnia 2012

Klucz do katastrofy, czyli jak stworzyć genialny zespół i poprowadzić go do upadku.

Dobra, zastanawiacie się pewnie, co ma znaczyć tytuł posta. Otóż nasza kochana Fresa, której, nawiasem mówiąc, zawdzięczacie ten wspaniały wygląd bloga, bo sama jestem zbyt wielką pierdołą, by zrobić coś choćby w podobie ładnego, zwróciła dziś moją uwagę na problem, nad którym zastanawiało się pewnie już wielu z Was.
Od czego zależy sukces zespołu czy kapeli, jak to niektórzy wolą mówić? Jejku, jakby się nad tym zastanowić, istnieje wiele czynników, nie? Spójrzmy na taki zespół, który jest znany nam wszystkim - Guns N' Roses. Chyba bowiem tylko typowi ignoranci będą twierdzić, że Gunsi nadal trwają; ci, którzy wiedzą, jak jest naprawdę, powiedzą, że to solowy projekt Axla, c'nie?
W każdym razie: można się spierać, w którym momencie zespół rozpadł się tak naprawdę. Wiadomo przecież nie od dziś, że oryginalny skład to: Axl, Slash, Izzy, Duff i Steven. Czy można mówić o rozbiciu zespołu po wyrzuceniu Stevena, który odrobinę za daleko posunął się w ćpaniu? Wielu jednak uważa, że Matta Soruma, który zastąpił perkusistę, można zaliczać do oryginalnych członków, gdyż Adler nie był z zespołem zbyt długo. Jeśli jednak mamy być uczciwi - zespół tworzyła ta piątka, a Sorum doszedł znacznie później, tak jakby wygryzając jednego z 'oryginalnych'.
Jak na razie wszystko jest normalnie - zdaję sobie przecież sprawę z tego, że wiele kapel wywalało członków zespołu z powodu różnych uzależnień, których nie mogli się pozbyć. Cóż, okrutne, ale prawdziwe - taka była wtedy rzeczywistość. No i nie tylko wtedy, dzisiaj też można spotkać się z takimi przypadkami. Dodajmy jeszcze fakt, że nie było dla nich zbyt przyjemnie po wywaleniu Adlera, gdyż nasz mały kolega zaczął spory i niemiłe przygody w sądzie, winiąc swoich byłych przyjaciół o wciągnięcie go w nawyk ćpania, po czym wyrzucenie z zespołu. Tu nie dziwię się chłopakom za niepochlebne wypowiedzi o Stevenie, bo chociaż kocham go za to, jakim był perkusistą i człowiekiem, odrobinę przegiął. Jak powiedział sam Slash: czekali na niego rok, by doprowadził się do porządku i zdołał wyjść z uzależnienia, jednak wszystkie odwyki przerywał, myśląc, że jest prawdziwą gwiazdą rock'n'rolla. W tym momencie naprawdę szkoda mi perkusisty, bo, cóż, wiadomo, że żyli na krawędzi i niestety chłopak trochę zbyt bardzo się w to wciągnął i nie potrafił przyjąć pomocy. Naprawdę smutne zakończenie wspaniałej przygody, którą był dla niego ten zespół i przyjaźń z pozostałymi Gunsami. Mimo to cieszę się, że po tylu latach odnowili kontakty i znowu się przyjaźnią. : )
W międzyczasie dochodzi kolejna rzecz - pieniądze. Tak, chłopaki podpisali kontrakt z wytwórnią Geffen Records i dostali naprawdę sporą zaliczkę, każdy z nich bez wyjątku, której większą część wydali na... tak, na tatuaże i trochę nowych ciuchów. Można by pomyśleć, że kasa zniszczyła odrobinę ich dotychczasowe życie, bo przecież wcześniej żyli na ulicy i często nie mieli nawet co jeść. Nagle dostali trochę pieniędzy i w końcu mogli pozwolić sobie na wszystko. Wydali Appetite For Destruction i powyprowadzali się do swoich własnych mieszkań, apartamentów czy czegoś tam jeszcze i ich wspólne życie się skończyło. Myślę, że od tamtej pory już nie było tak samo jak wcześniej.
Kolejnym czynnikiem według mnie było nastawienie Axla i jego psychoza maniakalno - depresyjna. Głupcem byłby ktoś, kto powiedziałby, że to nieprawda, i że Rudy wcale nie miał w tym żadnego udziału. Prawda jednak jest jaka jest - chłopak miał swoje humory, często groził odejściem, urządzał sceny w najmniej odpowiednich momentach, no i na końcu zaczął gwiazdorzyć tak, że nawet jego kumple mieli go dosyć. Nie pojawiał się na próbach, przy nagrywaniu płyty, często znikał bez żadnej zapowiedzi i robił wielkie halo z byle czego. Jego wybuchowy temperament był nieprzewidywalny - wielu ludzi już po pewnym czasie miałoby dosyć i dałoby spokój, jednak Gunsi jakoś to wytrzymali i było dobrze... póki co.
Zmierzamy już do samego końca opowieści, kiedy to nastąpiła pewna zmiana w ich karierze. Cóż, właśnie na to słowo powinniśmy zwrócić swoją największą uwagę. Kariera? Jaka kariera? Mówimy o zespole, który zaczynał w parszywych klubach, do których przychodziło może kilka osób. Ile razy było tak, że grali przy praktycznie zerowej publice? Ile razy było tak, że zostawali wybuczeni i wywaleni, często nie dostawali zapłaty, bo właściwie dla nikogo się nie liczyli? No i w końcu ile wysiłku musieli włożyć, by ktoś w ogóle ich słuchał? Owszem, zawsze zaczyna się od zera, jestem tego świadoma, jednak... czy nie jest tak, że byli jedną z niewielu kapel, które wybiły się tak na poważnie? O których słuch nie zaginął po kilku miesiącach, latach? Cóż, zostali ponadczasowi.
Wiecie, do czego zmierzam? Wielki rozgłos nie jest dobrą sprawą dla takiej kapeli. A już szczególnie wiedział o tym gitarzysta Gunsów - Izzy Stradlin, który szybko to zrozumiał i odszedł, póki to zabrnęło za daleko. Miał dosyć rozgłosu, jasne, to zrozumiałe, próbował być niewidzialny. Kiedy zespół wszedł na wyższy poziom i zaczął być rozpoznawany, a faceci zaczęli używać prywatnych samolotów, wozić ze sobą śmieszne chórki, zatrudniać 76476867 ludzi, którzy byli właściwie po nic, to z góry było skazane na katastrofę. Jedynie Izzy miał dosyć rozumu w głowie, by wziąć nogi za pas i uciec jak najdalej od tego całego zamieszania. Brawo dla niego, poważnie.
Podobno Axl błagał go o wybaczenie i powrót do kapeli - jeśli to prawda, wcale bym mu się nie dziwiła. Izzy był wielką częścią zespołu - stworzył sporo piosenek, dużo komponował i nadawał tej kapeli pewego unikatowego kształtu. Po jego odejściu wszystko się posypało - tym razem już całkowicie. Powoli zaczęli odchodzić pozostali członkowie Gunsów, a został jedynie ten, który, o ironio losu, najczęściej groził odejściem. Axl ponarzekał trochę na swoich byłych kumpli, jednak wiadome, że kierowała nim gorycz, spowodowana opuszczeniem przez kompanów, którzy, można by tak pomyśleć, będą jeszcze na długi czas. Mamy rok 2012 i Rudy przejął nową taktykę - chwalić swoich obecnych członków zespołu i udawać, jakby tamci wcześniejsi nie istnieli, że nic go nie obchodzą początki zespołu i ludzie, którym naprawdę sporo zawdzięcza.
Tymczasem pozostali ułożyli się całkiem dobrze - wystarczy tylko spojrzeć na ich projekty typu: Adler's Appetite, Duff McKagan's Loaded, Slash's Snakepit, Velvet Revolver (w którym zebrał się Duff, Slash i Matt jednocześnie :D) czy Slash Featuring Myles Kennedy and The Conspirators (dłuższej nazwy się nie dało?).
Cóż, jedyne, co mam do powiedzenia na koniec to to, że podziwiam ich wszystkich, każdego z osobna, choć Axl jest u mnie długotrwale na czarnej liście. Oczywiście życzę mu jak najlepiej i mam nadzieję, że nie potraktuje swoich obecnych kumpli podobnie jak tych starych. Mam nadzieję, że oni wszyscy zrobią w swoim życiu jeszcze coś niesamowitego i że ułoży im się jak najlepiej.
Tymczasem gratuluję zespołom, które zdobyły receptę na sukces, np. The Rolling Stones czy Aerosmith, które wytrwały już bardzo długie lata. Trzymam kciuki za to, by pozostałe kapele brały z nich przykład i dbały o to, co jest tak naprawdę ważne. ; )
Piszcie, co Wy myślicie na ten temat. ;3

poniedziałek, 13 sierpnia 2012

No More Sorrow.

Ach, dzień minął szybko i ciekawie. Tak, poznałam kawałek nowej klasy. Tak, było całkiem przyjemnie. I w końcu tak, są to naprawdę mili ludzie. Ale... czegoś mi jednak brakowało. Rozumiem, może chodzi tylko o to, że to było pierwsze spotkanie i wszyscy czuliśmy się lekko niezręcznie, ale nie sądzę, by to było przyczyną moich negatywnych odczuć. Myślę, że chodzi raczej o to, że robię kolejny krok w moim życiu i cholernie się tego boję.
Nawet nie zauważyłam, kiedy się tak zmieniłam. Uwielbiałam nowości w życiu. Właśnie wtedy odkryłam, że nie wszystko jest wesołe czy kolorowe - rodzice nie są idealni, przyjaciele potrafią zawieść, a ludzie, na których wcześniej nie zwracało się uwagi, potrafią wyciągnąć Cię z czarnej otchłani. Przeżyłam pierwszą miłość i uświadomiłam sobie, że takie uczucie ssie, a muzyka potrafi leczyć rany. Narodziłam się na nowo i zrozumiałam, co jest dla mnie naprawdę ważne - przyjaciele, rodzina, pomaganie innym ludziom i robienie w życiu tego, co się kocha. Dorosłam i mam świadomość tego, że to nie tylko otoczenie, w którym żyję, przyczyniło się do tych zmian; chodzi również o przeżycia i nowe doświadczenia, których zaznałam.
Teraz jednak zastanawiam się - czemu musiało to nastąpić tak szybko? Pamiętam pierwszą klasę gimnazjum i tego, jaka byłam wtedy, a jaka stałam się przez te kilka następnych lat. Wtedy potrafiłam śmiać się z byle czego i życie było beztroskie, natomiast teraz... cóż, teraz wiem, jak jest naprawdę, i mimo że wszystko jest ze mną na co dzień w porządku, są takie chwile, że naprawdę żałuję tego, jaka się stałam. Masz mnóstwo czasu na dorastanie, krzyczy coś we mnie. Mam, zgadzam się, ale co z tego? Co z tego, skoro to już się stało? Nadal potrafię śmiać się do siebie, ale do wszystkiego podchodzę z większą już rezerwą.
Weźmy na przykład dzisiejszy dzień: gdyby wszystko było jak dawniej, zwróciłabym na siebie uwagę tłumu i znalazłabym nowych przyjaciół. Byłam kiedyś strasznie otwarta. Na nowych ludzi, nowe sytuacje, nowe zachowania i wiele innych rzeczy. Dziś siedziałam tam jak na kazaniu z jedną tylko myślą: Nie chcę integrować się z tymi ludźmi. Nie chcę ich nawet dopuszczać do siebie. Nie chcę, by stawali się moimi przyjaciółmi. To tak, jakbym próbowała wymazać z pamięci, to co już osiągnęłam, z kim tak naprawdę czuję się dobrze i kto naprawdę zasługuje na specjalne miejsce w moim sercu.    
Czuję, jakby ważna cząstka mnie odeszła na zawsze. I nie podoba mi się to, serio. Mam dzisiaj kiepski dzień, owszem, ale nie chcę Wam narzekać. Tak jakoś naszło mnie na te refleksje i nie miałam co z nimi zrobić. Jeśli będziecie mądrzy, to po prostu nie doczytacie tego do końca i życie jakoś będzie lecieć dalej.
Zapamiętajcie tylko jedno: skorzystajcie ze swojego życia jak najlepiej umiecie, żeby później nie obudzić się w ostatniej chwili i nie żałować niektórych rzeczy. Ja najchętniej cofnęłabym czas i zmieniła niektóre swoje decyzje.
Decyzje, które całkowicie odmieniłyby moje życie...

Separate, sifting through the wreckage
I can't concentrate, searching for a message
In the fear and pain, broken down and waiting
For the chance to feel alive

Now in my remains

Are promises that never came
Set the silence free
To wash away the worst of me


środa, 8 sierpnia 2012

Silversun Pickups, bitches!

Okeej, w końcu przesłuchałam sobie nową płytę Silversun Pickups i jak na razie bez większego szału, ale zobaczymy później. Dobre płyty z reguły mają tak, że zyskują dopiero przy którymś tam przesłuchaniu. Więcej - dobre płyty to takie, w których piosenkach można na nowo odkrywać różne rzeczy. Z tym, że są one bardziej złożone, dlatego trudno ogarnąć je przy pierwszym razie i dlatego wydaje nam się, że się nam nie podobają. To jest właśnie logika dobrych albumów - mam więc nadzieję, że tak będzie i z Neck Of The Woods.
Płyta w sumie dobra, porównując z pierwszą - Carnavas. Jeśliby tak na to spojrzeć, Swoon było skokiem milowym od czasów pierwszej płyty. Powiem więcej - jest to coś z rodzaju 30 Seconds To Mars. Pierwszą płytę nagrali kiepską, ale za to już kolejna była czymś niezwykłym. Przygodę z Silversun Pickups zaczęłam od Swoon i chyba tylko dlatego ich pokochałam. Gdybym zaczęła od pierwszej, z pewnością szybko bym się z nią rozstała. W każdym razie to bardzo dobrze, kiedy zespół się rozwija i to widać po muzyce, którą nagrywa i która się zmienia z upływem czasu.
Jak na razie myślę, że Swoon była bardziej żywiołowa i emocjonalna, chociaż na Neck Of The Woods emocji też nie brakuje. Brakuje mi jednak tej pewnej spójności utworów, która z całą pewnością była na poprzednim albumie. Przesłuchałam płytę parę razy i do tej pory jej nie ogarnęłam, co świadczy o złożoności utworów, jak dla mnie dobrze.
Hm, nie wiem, co jeszcze mogę powiedzieć. Zbyt wielu różnic nie widzę, zespół nie wchodzi na jakieś nowe wyżyny i nie zmienia za bardzo klimatu. Moim numerem 1 zostanie chyba jednak Swoon, chociaż daję sobie trochę czasu, by móc zapoznać się z tą nową trochę bardziej.
Ach, jeszcze jedno! Bo zdaję sobie, kurde, sprawę z tego, że niewiele osób w Polsce zna ten zespół. Dlatego gorąco polecam. Ja ich poznałam, bo jedna piosenka znalazła się w Pamiętnikach Wampirów, teraz nawet nie pamiętam tytułu. Kawałek mi się spodobał i nie wiem czemu, ale ściągnęłam wtedy właśnie Swoon. Jak na pierwszy raz muzyka może się wydać trochę, hm, depresyjna czy nudna, ale zapewniam, że warta przesłuchania! Sporo mocy i uczuć, jest moc ;3
Udało się wynegocjować z dziewczynami film, na który idziemy do kina. Czuję, że MAGIC MIKE ZAWŁADNIE NASZYMI SERCAMI, mwahaha. :D

poniedziałek, 6 sierpnia 2012

Lista najpiękniejszych kobiet świata wg Kamci. ;3

Hej, ludzie. ;3 Strasznie dziś gorąco, nie idzie wytrzymać. Ach, ironia losu - później się będzie narzekało, że jest za zimno i tęskni się za latem.
Już długo zastanawiałam się nad tym, jakie kobiety mają powodzenie w dzisiejszym showbiznesie. Myślę, że uroda to największy czynnik wpływający na popularność i pozycję w mediach. Zebrałam kilkanaście urodziwych kobiet, które uważam za najpiękniejsze i ułożyłam mniej więcej w kolejności typu 'od najbrzydszej do najpiękniejszej'. Cóż, słowo 'najbrzydsza' niezbyt pasuje do sytuacji, zważywszy na to, że lista określa Najpiękniejsze Kobiety, ale nieważne. Wiadomo, o co chodzi. Chciałabym, żebyście pisali w komentarzach, czy zgadzacie się z moim osądem i podawali własne kandydatki, bo z całą pewnością o kimś zapomniałam.
Huehue, niedługo stworzę też listę facetów (ale jak, skoro od groma jest megaaaa przystojnych?! :<), więc czekajcie. Uwielbiam tworzyć listy. :D
Okej, zaczynamy:

Najpiękniejsze kobiety świata
 
20) Hilary Duff
Mimo że często wyglądała jak słodki pulpecik i miała sporych rozmiarów ręce, nadal wydaje mi się ładna. Według mnie ma śliczną twarzyczkę, a chyba to jest najważniejsze. Jest moją idolką z dzieciństwa i uważam, że dobrze wygląda zarówno w blond, jak i w ciemnych włosach – z tym, że w tych drugich nie wygląda już tak słodko, a raczej drapieżnie i seksownie. I, muszę to przyznać, jej ewolucja od czasów „Lizzie McGuire” jest czymś wielkim i myślę, że wiek dodał jej uroku.

 



19) Emma Roberts
Zabawne, że znalazła się na tej liście ze swoją ciocią Julią. W sumie to nie zabawne, tylko prawdziwe – najwidoczniej geny w tej rodzinie są jakieś cudowne. Dziewczyna jest młoda i ma niesamowitą urodę – prawie we wszystkim wygląda prześlicznie!

 



18) Mandy Moore
Wiele jest filmów, w których wygląda świetnie, ale moją uwagę przykuła w „A właśnie, że tak!”. Jest seksowna i to zapewnia jej powodzenie w show biznesie. Oby tak dalej!




 



17) Mila Kunis
Chociaż jej głos mnie irytuje, na wygląd nie można ponarzekać. Aktorka prezentuje się znakomicie!

jhjkhjhjkhk.jpg


16) Rachel Bilson 
Nie znam jej wprawdzie zbyt bardzo, niewiele filmów z nią widziałam, mimo to zachwyca mnie wszędzie, gdzie się pojawia. Zasługuje na wejście do listy najpiękniejszych kobiet świata. 


 


 15) Julia Roberts
Ach, uśmiech tej kobiety jest nieziemski! Przyznajcie – usta jedyne w swoim rodzaju, coś w stylu wizytówki Julii. Ponadto piękne, rude fale i hipnotyzujące spojrzenie – bije od niej pewnego rodzaju energia i moc, która całkowicie mnie urzeka.



 

14) Vanessa Hudgens
Chyba wystarczy, że powiem jedno słowo: włosy. Cóż, przynajmniej te przed ścięciem. Nie wiem, jak wygląda teraz, ale za czasów Efrona prezentowała się nieziemsko. W „High School Musical” trochę dziecinnie i w ogóle, ale w końcu zrobiła się z niej prawdziwa kobieta (i nie musi tak się starać, żeby to udowodnić, jak to robią co poniektóre panienki. I wcale nie patrzę tutaj znacząco na Miley Cyrus…). Naprawdę wiele dziewczyn może jej pozazdrościć!



13) Victoria Justice
Musiałam wrzucić ją na listę, bo czułabym się źle, gdybym ją pominęła – kolejna gwiazdeczka młodego pokolenia, ale za to jaka ładna! Wyglądem przypomina czasami samą Ninę Dobrev, ale jednak są pomiędzy nimi pewne różnice. Victorię zobaczyłam pierwszy raz w „Zoey 101”, ale od tego serialu minęło już trochę czasu i Victoria wygląda znacznie lepiej. No, powiedzcie, jak miałam nie wcisnąć jej na tę listę?!

 
12) Keira Knightley
Keira Knightley, głównie znana z roli Elizabeth w „Piratach z Karaibów”, jest drobnej budowy kobietą, z delikatną buzią i wąskimi usteczkami. Ślicznie wygląda zarówno w długich, jak i krótkich włosach, w odcieniach ciemniejszych, a także jaśniejszych. Mój kuzyn stwierdził, że „niezła z niej dupa” i „każdy chciałby mieć taką panną”, a to już chyba o czymś świadczy, nie? 


11) Cassie Steele
Widziałam, jak ewoluowała stopniowo w serialu „Degrassi – nowe pokolenie” i muszę przyznać, że nieźle jej to wyszło. Uwielbiam jej dołeczki w policzkach, kiedy się uśmiecha i wygląd prawdziwej buntowniczki. Wygląda niesamowicie drapieżnie, kiedy tylko się o to postara, a takie dziewczyny zawsze zwracają na siebie uwagę.

 



 10) Ashley Greene
Chociaż w „Zmierzchu” wygląda nieszczególnie, w swojej własnej skórze prezentuje się cudownie! Na każdym zdjęciu, które widzę, jest po prostu piękną kobietą z ładną sylwetką, długimi, ciemnymi włosami i idealną buźką. Jackson Rathbone (Jasper) miał wielkiego farta, trafiając na taką partnerkę!





9) Anne Hathaway
Wszyscy narzekają na jej wielki nos, ale ja, chociaż przesadnie wyczulona na tę właśnie część ciała, uważam, że źle nie jest. Uroda aktorki niezmiernie mi się podoba i mogę zachwycać się wszystkimi jej zdjęciami – no, oprócz tych z „Alicji w Krainie Czarów”, gdzie wygląda raczej… śmiesznie. Ale aktorstwo wymaga poświęceń, nie? Ważne, że na co dzień aktorka prezentuje wysoki poziom i oby tak dalej! 




8) Dianna Agron
Młoda, ale ma w sobie tyle uroku, że z pewnością onieśmiela. Jest dziewczęca i ma delikatny typ urody, a na słodkiej buzi zawsze pojawia się czarujący uśmiech. Dodatkowo puszyste blond włosy, które zawsze wiąże w ciekawe fryzury, nigdy nie przesadzając i za każdym razem wyglądając doskonale. Ach, która dziewczyna nie chciałaby tak wyglądać?

 


 
7) Candice Accola
Aktorka z „Pamiętników Wampirów”, zawsze pomocna i pełna życia Caroline Forbes. Cóż, chyba właśnie to urzeka mnie w niej najbardziej – bijąca z niej energia i radość z życia. Uśmiech jest nieodłącznym elementem jej urody i jakoś nie potrafię wyobrazić sobie jej poważnej. Ponadto piękne blond fale i słodka buzia czynią z niej piękną, beztroską dziewczynę, która wygląda trochę nawet jak Barbie. Ci, którzy nie lubią takich słodkich typów, z pewnością nie pokochają też Candice, lecz moim sercem ta dziewczyna już zawładnęła!


 

6) Sara Carbonero
Seksowna dziewczyna seksownego bramkarza – Ikera Casillasa. Pani prezenter telewizyjna, która, jestem tego pewna, przyciąga do ekranów wiele nowych twarzy, głównie męskich. Hiszpańska piękność, zawsze wygląda idealnie; nie dziwo, że ktoś tak utalentowany i sławny jak Casillas wybrał właśnie ją.


Stephanie Seymour



 5) Stephanie Seymour
Kobieta Axla z czasów „November Rain” i „Don’t Cry”. Jest wszystkim, co według mnie najlepsze w dziewczynie – jest kobieca, seksowna, ma ładne kości szczęki, hipnotyzujące spojrzenie i puszyste, zadbane włosy. Ma urodę, której już się niestety nie widuje w dzisiejszych czasach, a szkoda, bo uważam ją za pewnego rodzaju skarb.





4) Phoebe Tonkin
Pamiętacie, kiedy ta młoda dziewczyna zaczynała swoją przygodę z serialem „H2O – wystarczy kropla”? Ja pamiętam  - i nie byłam zbytnio zachwycona jej postacią. Drugi sezon przyniósł wiele pozytywnych zmian, byśmy po kilku latach mogli zachwycać się pięknem aktorki. Modelką też jest, co doskonale rozumiem – wyrosła na seksowną i urodziwą kobietę, której inne modelki mogą tylko zazdrościć!




3) Nina Dobrev
Bułgarska piękność, która według mnie za każdym razem dostaje zbyt niskie miejsce w takich rankingach. Można by powiedzieć, że Amerykanie są zbyt zapatrzeni w siebie i nie doceniają urody Niny, ale nie mnie to osądzać. Aktora, głównie znana z roli Eleny Gilbert w „Pamiętnikach Wampirów”, ma śliczną twarzyczkę i jeszcze piękniejsze włosy, a figury można by jej pozazdrościć. Jedyną jej skazą, jaką dostrzegam, są strasznie chude nogi, które wyglądają niemalże anorektycznie. Poza tym Nina w każdym momencie promienieje i może chwalić się swoją niezwykłą urodą i czarującym uśmiechem!

 2) Emma Watson
Brytyjska uroda nie zawsze oznacza brzydkiego, pryszczatego dziecka, które wygląda, jakby z czymś się zderzyło – Emma jest tego najlepszym przykładem! Ta dziewczyna jest tak śliczna, że spodobać się może różnym typom ludzi. Większość znacznie narzekała na jej ścięcie włosów, ale spójrzmy prawdzie w oczy – ładnemu we wszystkim ładnie. Mimo tak drastycznej zmiany Emma nadal miała swoją śliczną, pełną uroku buźkę, która pasuje do każdego rodzaju ścięcia. A włosy, taka prawda, odrastają po czasie, więc tragedii nie ma…

1) Jessica Alba
Jessica Alba jest typem kobiety, której ładnie we wszystkim – jasne włosy, ciemne włosy, skromne ubrania z serii „do kościoła”, drapieżne kreacje na czerwony dywan itd. Jest ona typem dosłownie każdego faceta i jestem całkowicie pewna, że nie ma nikogo, kto przeszedłby obok niej obojętnie!

niedziela, 5 sierpnia 2012

When We Were Young.

Hmm, chyba mam fazę na The Killers. Proszę, nie mylcie z The Kills, ich też zamierzam przesłuchać, ale to później. W każdym razie kiedy już uporam się z pozostałymi stoma pozycjami.
Oglądałam sobie wczoraj Linkin Park: Road To Revolution, czyli koncert z 2008 r. w Milton Kennedys. Ogólnie moje główne spostrzeżenie jest takie: koncerty wydawane na DVD są czystym nieporozumieniem. Chcę sobie obejrzeć, jak ulubiony zespół czy wykonawca śpiewa na żywo do tysięcy fanów, chcę ocenić, jak mu to wychodzi i jakie jest jego zachowanie sceniczne. Te koncerty na płytach są natomiast o tyle beznadziejne, że nie zobaczysz, jak naprawdę to wyglądało, bo przed wydaniem wytwórnia 'poprawia' jakość muzyki - musi odpowiednio zadbać o to, by od śpiewu fanom nie opuchły uszy. Co więc robi? Zmusza artystów do dogrania wokalu, po czym wykwalifikowani ludzie trochę to obrabiają, ale nie żeby było za idealnie, bo to będzie przecież podejrzane. Śmieszne jest jednak to, że zupełnie pomijają momenty, w których artysta rozkłada ręce, mikrofon ma kilkanaście centymetrów od ust, usta zamknięte, a wokal jakimś cudownym sposobem nadal leci. Magia!
No i spójrzmy w ten oto sposób na Linkin Park. Obejrzałam ten koncert właśnie z obawą przed takimi małymi oszustwami, uprzedzona wcześniej koncertem Adele - Live At The Royal Albert Hall. Druga sprawa - wszystko jest tak wyreżyserowane i zrobione na tip top, by ładnie wyglądało na DVD. Co z tym, że kapela wychodziła dwa razy na bisy? Myślicie, że byłoby tak, gdyby nie to, że koncert ma być wydany na płycie? Nie to, że krytykuję Linkin Park, bo totalnie ich kocham, ale sama wiem, jak to jest z takimi występami. Na OWF nie wyszli na choćby jedne bisy...
Druga sprawa dotycząca bezpośrednio LP - czy doczekam się kiedyś na koncert, na którym Numb zostanie serio zaśpiewane na żywo? ŻYWO ŻYWO?! Zdaję sobie sprawę, że jest to trudna piosenka i ciężko ją wykonać na żywo, ale miałabym lepsze zdanie o zespole, gdyby Chester zafałszował, niż jak śpiewa totalnie idealnie, chociaż jeszcze piosenkę wcześniej jego głos męczył się i wył przeraźliwie.
Dobra, moje ogólne odczucie jest takie, że nie powinno się oglądać takich koncertów, jeśli chce się zobaczyć prawdziwość artysty. Jeśli chodzi tylko o dobre show i fajne dodatki - spoko, możecie sięgać po takie coś. Ja już się zniechęciłam. Dzisiaj obejrzę sobie może koncert z Londynu z 2011 r., liczę, że będzie lepiej. ;)
 W każdym razie ta sprawa uświadomiła mi, co przyjęłam z wielkim smutkiem, że nie ma już chyba artysty, który nie posługuje się czasami playbackiem. No, oprócz Guns N' Roses, za co bardzo ich podziwiam, nawet w obecnych czasach. Cóż, Axl może i jest dupkiem, ale nigdy jakoś nie sięga po oszustwo na koncercie. W latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych mieli świetne koncerty i uwielbiam je oglądać z przyjaciółkami, bo, cóż, mam pewność, że wszystko będzie na stówę leciało na żywo.
I, no nie wiem, zdaję sobie sprawę, że wokaliści są często zmęczeni wszystkimi tymi koncertami, dlatego posługują się drobną pomocą, ale... czy nie powinni starać się obyć bez tego? Czy to ja tak przesadzam, czy rzeczywiście przemysł muzyczny zszedł na niższy poziom? Wypowiedzcie się w tej sprawie, jeśli w ogóle dotrwaliście do samego końca tej notki - jestem ciekawa Waszego zdania. ;]

Somebody Told Me.

003.pngSiema, ludzie, trzeba wstawać! Dzisiaj nie napiszę zbytnio nic składnego, zwłaszcza że dopiero wstałam, poza tym... nie wiem.
Somebody Told Me, czyli piosenka The Killers, ach. Mam mały dramat. Kiedy zaopatrzyłam się w płyty zespołu z zamiarem przesłuchania ich, zaczęłam zastanawiać się, skąd ja kojarzę tę nazwę, bo gdzieś niedawno ją widziałam. Dobra, nevermind, powiedziałam sobie, i odsłuchałam wszystkie krążki. Zajebista muzyka, myślę sobie po chwili. Kilka dni później kupuję gazetę Teraz Rock i widzę ogłoszenie Coke Live Music Festival, a tam co? The Killers, niespodzianka. No to kombinuję, jak się dostać na Coke Live, bilety za 125 zł i chyba nawet jeszcze coś zostało.Ale przychodzi tata i psuje wszystkie moje plany: 'Huehue, jedziemy wtedy do Pacanowa, który jest odległy tylko 100 km od Krakowa, więc jeszcze bliżej niż z Łodzi do Warszawy' i nikczemny uśmiech na twarzy. Widzi mojego wnerwa i mówi radosnym tonem: 'Nie martw się, zobaczysz, skąd pochodził Koziołek Matołek'. Jeeej, więc najbliższy weekend spędzę w Pacanowie, zabawa na sto dwa. ; )
Właśnie dlatego nie zaczynam przesłuchiwać The Muse, bo wiem, że coś mi strzeli do łba i mi się spodoba, a bilety na koncert w Atlas Arenie drogie jak cholera. -.-''
Mam fazę na Candice Accolę. Śliczna. <3
Dobra, później napiszę coś lepszego. Po prostu mi się nudziło i potrzebowałam z kimś pogadać, więc porozmawiałam... sama ze sobą? Takie trochę Forever Alone.

wtorek, 31 lipca 2012

Wieczór z... The Pretty Reckless.

Hmm, kurczę, i nie wypaliło. :< Chciałam dzisiaj przesłuchać sobie The Killers, ale jakoś naszła mnie ochota na coś bardziej 'słodkiego' i mniej ostrego, więc wzięłam się za TPR. Przesłuchałam wstępnie Lungs Florence And The Machine i stwierdzam, że nowa płyta jest znaczenie lepsza - nie to, że ta pierwsza jest cienka, ale, jak to powiedziała Anjja (dziękuję Ci za stałe komentowanie notek, nawet nie wiesz, jak mi miło na serduszku), albumy różnią się od siebie, co nie znaczy, że któryś z nich jest kiepski. Myślę, że Flo po prostu rozwinęła się jako artystka w tym czasie i obecnie umie lepiej wykorzystywać i używać swojego głosu.
Jejku, strasznie chce mi się spać. Może to dlatego, że wstałam dzisiaj o 8? NIGDY nie wstaję tak wcześnie - przeciętnie śpię do 10. Cóż, ostatnio zaczęłam biegać od rana, dlatego trzeba też wcześniej wstawać. I tak ze mnie cienias, bo biegam jakieś 20 minut i ledwo żyję. Nie wiem, naprawdę nie wiem, czy uda mi się wytrzymać w moim postanowieniu.
Dobra, wróćmy do The Pretty Reckless. Dwie moje koleżanki bardzo jarają się wokalistką, Taylor Momsen, więc zaopatrzyłam się w płyty i posłuchałam sobie. Muzyka spoko, chociaż staniki nie latają. Taylor ma świetny głos i wie, jak go użyć - jest zadziorny i zmysłowy, czyli coś, co jest według mnie wielką zaletą u piosenkarki. Dziewczyna jest też ładna i młoda, więc odpowiednio reklamuje i zwraca na siebie uwagę - zwłaszcza imponująco zadbanymi włosami, ostrym makijażem i stylem ubierania, jak to Dominika określiła, "na dziwkę". Hm, trochę w tym racji jest i niektóre jej stroje naprawdę szokują, zwłaszcza że dziewczyna ma... 19 lat? Zgaduję, że taki biznes w obecnych czasach: im więcej odkryjesz, tym więcej będziesz mieć fanów (patrz: teledysk do piosenki Miss Nothing). 
No ale nie jestem tu od oceny stylu wokalistki, chciałam tu porozkminiać nad jej muzyką. ;3 Pierwszym plusem jest, jak już wcześniej wspomniałam, głos Taylor. Dalej: moje ulubione piosenki, np. Just Tonight, Under The Water, You, Zombie czy Everybody Wants Something From Me. Reszta też rządzi, ale jednak tych mogłabym słuchać na okrągło :D 
Mało tego, trzeba powiedzieć, że jak na współczesny rynek muzyczny, który w dużej mierze został zdominowany przez młodych wykonawców, głównie dzieci Disneya, Taylor Momsen radzi sobie świetnie z muzyką i robi coś, co jest jej pisane. No i jako jedna z niewielu gwiazd potrafi śpiewać sama, bez playbacku. 
Okej, podsumowując: kawałki TPR są mocne, dają kopa i można w nich znaleźć coś każdą okazję. Dodatkowo głos wokalistki i wyjątkowy styl, którego nie da się pomylić z żadnym innym - wszystko to sprawia, że The Pretty Reckless staje się wyjątkowym zespołem, którego powinno się przesłuchać. Nie sądzę, żeby była to muzyka dla każdego, ale znam wiele osób, które ją kochają i z czystym sercem mogę polecić ten zespół wszystkim szukającym inspirującej i świeżej muzyki, której w obecnych czasach nie można znaleźć zbyt wiele. ;]


poniedziałek, 30 lipca 2012

Wieczór z... Florence And The Machine.

Dobra, teraz, kiedy wreszcie odzyskałam komputer i mój ukochany Itunes, nareszcie mogę słuchać swojej muzyki i przesłuchiwać muzykę, której wcześniej nie znałam. Dzisiaj wybór padł na Florence And The Machine, bo już zbyt długo mam ich płytę na kompie bez żadnego śladu użytku. Pierwszą piosenką grupy, którą usłyszałam, było "Heavy In Your Arms" bodajże z "Zaćmienia", choć wtedy oczywiście nie zdawałam sobie sprawy z tego, co to za piosenka, czyja jest i w ogóle jaki ma sens. Jakby się nad tym zastanowić, nie interesowała mnie zbytnio muzyka w tamtych czasach, ale jak widać - nadrabiam. Piosenka, która była punktem zwrotnym w całej sytuacji - "Never Let Me Go" - pojawiła się w serialu Pamiętniki Wampirów podczas jakże cudownego pocałunku Eleny z Damonem. Od tej pory zainteresowałam się Florence i jej zespołem.
Okej, więc dzisiaj zajmuję się albumem Ceremonials, bo cały czas widzę go na sklepowych półkach i ciągle się o nim słyszy. Poza tym status platyny musi o czymś świadczyć, nie? W każdym razie przed puszczeniem pierwszej piosenki byłam nastawiona totalnie pozytywnie i, muszę przyznać po przesłuchaniu całości, zupełnie się nie zawiodłam. Jejku, ta płyta to totalny majstersztyk. Hmm, wygląda na to, że popełniam tu podstawowy błąd, bo nie słuchałam pierwszej płyty grupy i nawet nie mam porównania i nie mogę powiedzieć, czy Florence rozwinęła się jako piosenkarka, czy też raczej cofnęła. Wybaczcie mi tę wielką wpadkę, obiecuję nadrobić przy najbliższej okazji.
Okej, pierwsza rzecz, która przychodzi mi do głowy, jest taka, że każda piosenka bez wyjątku przepełniona jest niewątpliwym uczuciem, które totalnie wypełnia słuchającego i... cóż, przenosi go do zupełnie innego świata. Utwory są jakby z innej bajki i są tak niesamowicie skomponowane, że czasami zwyczajnie brak mi słów. Wiecie, która piosenka zwróciła szczególnie moją uwagę? What The Water Gave Me. Sama nie wiem czemu, po prostu powala już za pierwszym przesłuchaniem. Przy końcówce ledwo można usiedzieć, bo emocje rozrywają od środka. Wspaniała kompozycja.
O wyjątkowości Never Let Me Go nie będę się rozwodzić, bo to jasne jak Słońce, że zapadła mi w pamięć głównie ze względu na szczególny moment w ulubionym serialu. Kawałek świetny, ale co do teledysku brak mi słów - może po prostu jestem zbyt głupia, by go zrozumieć, albo zwyczajnie on nie ma być zrozumiany...? W każdym razie mam nadzieję, że Florence nie będzie zbyt dużo uwagi poświęcać na video, a zajmie się muzyką, bo to wychodzi jej o niebo lepiej.
Resztę utworów nazwę ogólnikowo magicznymi, bo jeszcze nie wszystkie ogarnęłam na tyle dobrze, by je zapamiętać. Tak czy inaczej - płyta zasługuje na pochwałę i KONIECZNIE trzeba jej przesłuchać. Nie żartuję, podobała mi się i mam nadzieję, że i Wam przypadnie do gustu. Głos tej kobiety rządzi (mimo że twarz ma raczej męską) - zmysłowy, delikatny, a kiedy trzeba - z pazurkiem. Pozycja niezbędna.
Ocena płyty: 9/10.

Sweet Home.

Och tak. W końcu mam swój komputer, ocalały wprawdzie wprawdzie dzięki gigantycznej kwocie wpłaconej na nową kartę graficzną, ale jednak. Wg mnie warto było, bo komputer chodzi szybciej i w końcu mogę coś na nim zrobić. No i odzyskałam też 'ś'. Hahah, teraz mogę Was tym spamować - śśśśśśśśśśśśśśśśśśśśśśśśśśśśśśśśśśśś. Dobra, anyway. Instaluję sobie teraz wszystkie poczebne mi programy i jest spoko. Żałuję jedynie tego, że wczoraj musiałam na nowo uzupełniać Itunes całą muzyką, którą posiadałam i moje dane dotyczące liczby odsłuchań się skasowały, ale tak to jest ok. Najbardziej rozwala mnie Microsoft Office Word 2007 (wcześniej miałam 2003), który zaznacza mi 'spuścił' jako wyraz wulgarny. Ekhem.
Chcę, żeby ten blog był popularniejszy, ale totalnie nie mam pojęcia, jak tego dokonać. Macie może jakieś pomysły? Cóż za ironia losu - nikt nie czyta tego bloga, więc nikt nie odpowie. Ja chcę tu luuuuudzi, no!
Dobra, w każdym razie... jestem na dobrej drodze w moich opowiadaniach. Przestałam męczyć się z tamtymi gównami, które pisałam, i zabrałam się za dwa - o Gunsach, które liczy sobie już 60 stron, z czego jestem bardzo dumna (A4, ludzie, fuck yeah!) i o Shirley, które na razie ma 9, ale czuję, że do końca wakacji skończę i będzie liczyło ok. 30 stron. ;3 Jakby ktoś chciał się zapoznać z moją twórczością - zapraszam, wiecie, gdzie mnie szukać.
Czytam sobie biografię Duffa i tylko szlocham nad życiem mojego biednego mężusia. Dobrze, że wyrosło z niego takie mądre coś. I PISAŁ DO PLAYBOYA! Hahah, wiem, o czym sobie pomyśleliście, ale nie to miałam na myśli - wiem, że to może Was zadziwić, ale w tej gazecie jest też sekcja ekonomiczna. I, jak to uprzejmie wyjaśnił mi tata, to gazeta nie tylko z gołymi babami, ale też gazeta dla mężczyzn, bo jest wszystko, czego im potrzeba: autka i te inne pierdoły. Nie to, żeby mój tata czytał Playboya. Chociaż w sumie czy to nie oznacza, że nie jest mężczyzną? Chyba nie trzeba czytać takiej gazety, by być osobnikiem płci męskiej, nie? Tylko czemu wg zasady, że mężczyzna musi 'postawić dom, zasadzić drzewo i spłodzić syna', mój tata w ogóle tym mężczyzną nie jest? Dobra, odejdźmy może od tematu męskości mojego ojca, bo to schodzi na dziwne tory.
Półmetek wakacji prawie, a czy mam na swoim koncie coś, czym mogę się pochwalić? Opowiadaniami może, ale to i tak załamujące, bo nie skończę o Gunsach w ciągu miesiąca pisać, a kiedy pójdę do szkoły, będzie coraz mniej czasu. No i zaczęłam biegać - wprawdzie dwa dni i zakwasy miałam tak wielkie, że niedzielę i dzisiaj sobie odpuściłam, ale jednak. Trzeba mieć kondycję w nowej szkole, by móc się czymś pochwalić, c'nie?
Okej, spadam do Duffa. Tym razem nie czeka na mnie z bitą śmietaną... Cóż, dla mnie i tak jest słodki. <3 Narka ;3
 <------ napis na koszulce Slasha jest dziwny ;o

czwartek, 19 lipca 2012

Moje wrażenia po "Living Things" Linkin Park!


Pierwszy krążek Linkin Park – Hybrid Theory - który określił ich jako grupę nu-metalową, pełen był ciężkiego brzmienia i niezwykłych wrzasków Chestera, które w późniejszym czasie stały się jego charakterystyczną cechą. Następnie Meteora – tak samo naładowana mocnymi kawałkami, w tym znanym wszystkim ludziom „Numb” – która jedynie utwierdziła ludzi w przekonaniu, że Linkin Park to wielka grupa z niewiarygodnym talentem. Minutes To Midnight wciąż pokazywał nam to samo, ale jednak już można było dostrzec jakieś zmiany. Niczego nieświadomi przechodzimy do A Thousand Suns, które zaskakuje nas w całej swojej okazałości. Co stało się z naszym starym, ukochanym zespołem? Co z energicznymi, naładowanymi mocą piosenkami, z których znany był Linkin Park? O co chodzi z tymi wolnymi, odrobinę, jak na mój gust, smętnymi kawałkami, tak zupełnie dalekimi od tego, co do tej pory tworzyli chłopcy? Po kilku przesłuchaniach można było wprawdzie przyzwyczaić się do tego krążka, jednak w głowie krążyła jedna myśl: „To już nie jest ten sam zespół”. Czego więc można było się spodziewać po Living Things?
 Szczerze przyznam, że obawiałam się nowej płyty; już na samym początku zaznaczam, że całym swym sercem byłam za powrotem gitar i charakterystycznego dla Chestera wrzasku, którym może się pochwalić. Kiedy usłyszałam, że na nowej płycie pojawi się trochę więcej starego brzmienia, gwałtownie się ożywiłam i w moim sercu pojawiła się jakaś nadzieja. Od razu jednak zgasła - czy nie było wiadome, że nadal chcą iść drogą obraną przez A Thousand Suns?
To sprawiło, że długo zwlekałam z sięgnięciem po płytę. Ciekawość jednak jak zwykle wygrała i postanowiłam przesłuchać najnowsze dzieło Linkin Park, wciąż modląc się o cud, który sprawi, że płyta będzie tego warta.
Nie wiem, czego spodziewałam się po pierwszym odtworzeniu wszystkich kawałków. Na pewno nie tego, że wywołają one we mnie tak potężne emocje i dosłownie wcisną w siedzenie. Cóż, przynajmniej większość z nich. Czy to możliwe, by usatysfakcjonowały mnie piosenki, które odbiegały bardzo od tego, co tak niezmiennie kochałam w zespole? Przyjrzyjmy się temu z bliska.
„Lost in the Echo” zaczyna się od dźwięków, które z pewnością nie usatysfakcjonują fana starego brzmienia Linkin Park. Zaraz później wchodzi Mike i piosenka od razu staje się lepsza. Chwytliwy refren z Chesterem, jego wrzaski na koniec, tekst, który trafi do większości, a także instrumenty, których brakowało na ostatniej płycie – wszystko to sprawia, że piosenka zapowiada płytę całkiem nieźle.
Później „In My Remains”. I od samego początku szok – wreszcie pojawiają się gitary z prawdziwego zdarzenia! Gitary, za którymi tak tęskniliśmy podczas słuchania A Thousand Suns! Zwrotki może nie zachęcają zbyt bardzo, jednak to dopiero refren i tekst sprawiają, że docenia się tę piosenkę. Niewątpliwie mój ulubiony kawałek na płycie.
Już od dłuższego czasu każdy prawdziwy fan, a nawet i nie fan, zespołu zna „Burn It Down”. Mimo że piosenka różni się od dzieł przedstawionych na „Hybri Theory” i „Meteora”, ma w sobie coś takiego, że chętnie się jej słucha. Mój tata stwierdził, że podoba mu się wejście Mike’a i jego rap połączony ze śpiewem Chestera. Zastanowiłam się nad tym -  rzeczywiście niezłe połączenie. Wydaje mi się jednak, że na poprzednich płytach było ich o wiele, wiele więcej. Z drugiej jednak strony, patrząc na reakcję ludzi obecnych na OWF w Warszawie tego roku, nie dziwo, że to właśnie ten kawałek wybrano na singiel, który promował cały album.
Kiedy przychodzi pora na „Lies Greed Misery”, zagryzam tylko wargę i zastanawiam się nad celem tej piosenki. Chociaż tekst jest ostry, podłożono go do skocznej muzyki, która, dla kogoś, kto zna język, nie pasuje do tego rodzaju słów. W pewnym momencie Chester zaczyna się drzeć i jest to chyba jedyny moment piosenki, który naprawdę lubię. Zamysłu całej reszty nadal nie pojęłam, chociaż mam nadzieję, że jeszcze przyjdzie mi to zrozumieć.
 „I’ll Be Gone” od samego początku zapowiada się nieźle. Wchodzą gitary, nagle muzyka łagodnieje i Chester zaczyna śpiewać. Refren jednak znowu porywa i daje nam niesamowitą dawkę poweru, a także głęboki tekst, czyli coś, co w Linkin Park cenię najbardziej.
„Castle Of Glass” to chyba najbardziej zaskakująca piosenka na albumie. Tekst kojarzy mi się z jakąś baśnią, a melodia to coś, czego jeszcze u tego zespołu nie słyszałam. Przy pierwszym odsłuchaniu kawałek wydaje się być dziwnym eksperymentem zespołu, ale już po kilku kolejnych odtworzeniach zyskuje na wartości.
Nadal nie wiem, co sądzić o „Victimized”. Piosenka kojarzy mi się przede wszystkim z „Blackout” z poprzedniego albumu, z tym, że jest o wiele gorsza. Rap Shinody przerywany jest przez jakże ambitny refren składający się z trzech słów i, o ile dobrze zrozumiałam, ma być podkreślony przez szaleńczy wrzask Chestera, który „nigdy więcej nie chce być prześladowany”. Cóż, w to darcie się włożył tyle siły, że na pewno przekaz zostanie zrozumiany.
Kolejne jest „Road Untraveled” z najprawdziwszym chyba tekstem z całej płyty. Nie jest może on zbyt długi, jednak sądzę, że każdy go zrozumie i odnajdzie się w tych słowach. Dzwoneczki na początku dodają klimatu, a przepełnione bólem i rozpaczą „oooo” tylko potęguje uczuciowość piosenki.
„Skin To Bone” to dosyć ciekawa kompozycja, choć według mnie panuje w niej trochę za dużo chaosu. Z pewnością jest to charakterystyczna piosenka, mnie jednak, poza ostatnimi trzydziestoma sekundami, nie urzekła.
Och, wspomniałam o chaosie? Następna piosenka – „Until It Breaks” – trwa niecałe cztery minuty, a mimo to mam wrażenie, że jest znacznie dłuższa. Komiczny rap Mike’a, później złagodzenie piosenki przez Chestera, znów wchodzi Mike, no i niesamowita końcówka – śpiewający Brad! Och, przepraszam, Brad, kocham cię i w ogóle, ale ta piosenka? Nie mogłeś wybrać czegoś lepszego? Wybaczcie, jeżeli komuś podoba się ten kawałek, ale jak dla mnie jest to jeden wielki miszmasz. Nigdy nie zrozumiem sensu tej piosenki i nigdy jej też nie polubię. Najsłabsza kompozycja ever.
„Until It Breaks” zgrabnie przechodzi w „Tinfoil”, która, choć krótka, od razu oczarowuje i sprawia, że zapomina się o otaczającym nas świecie. Naprawdę, jestem pod wielkim wrażeniem kompozycji, która, jak się okazuje chwilę później, jest łagodnym początkiem „Powerless”.
No i oto jest – ostatnia piosenka na płycie. Nie bez powodu wybrano ją do filmu Abraham Lincoln: Vampire Hunter – na początku spokojna i poruszająca, później natomiast zamienia się w rozpaczliwy krzyk Chestera, krzyczącego: „bezsilny”. Szczególnie podoba mi się tutaj muzyka i brzmienie utworu jakieś półtorej minuty przed końcem. Cudowna.
Ciężko pisać mi podsumowanie, bo jest we mnie tyle odmiennych emocji związanych z tą płytą. Z jednej strony ogromnie się cieszę, bo zespół w jakiś sposób powrócił do swojego starego brzmienia, nie odchodząc jednocześnie od eksperymentów. Krążek zupełnie odmienił moje podejście do najnowszej muzyki chłopców – wraz z milionami ludzi czułam się pokrzywdzona, kiedy usłyszałam A Thousand Suns, bo nikt nie był przyzwyczajony do zespołu w takim wydaniu. Wydaje mi się jednak, że ten album zaprowadził ich do czegoś naprawdę dobrego – do Living Things. Kiedy pierwszy raz odsłuchałam płytę, byłam pod wielkim wrażeniem i z upływem czasu uświadomiłam sobie, że może taka zmiana była dla zespołu korzystna. Gdyby pozostali przy starym brzmieniu i kolejne płyty brzmiałyby jak Hybrid Theory czy Meteora, ludzie szybko znudziliby się taką muzyką. Grupa postawiła jednak na swój rozwój i bardzo ich za to podziwiam – mimo tak negatywnych opinii zagorzałych fanów zabrali się za coś zupełnie nowego i zaczęli próbować nowych rzeczy. Minusem płyty jest natomiast to, że nie ma w niej zbyt wiele odkrywania, przez co w szybkim tempie może się znudzić. Odróżnia ją to całkowicie od początkowej twórczości muzyków, co przyznaję, niestety, z wielkim bólem.
Dla tych, którzy nie przekonali się zbytnio do Living Things – na płycie widać już jakiś postęp, jeśli chodzi o gitary i inne instrumenty, które wypierają elektroniczną papkę narzuconą nam na wcześniejszym albumie. Czas pokaże, co nowego przyniesie nam działalność chłopaków. Mam nadzieję, że same dobre rzeczy! : )
Ocena płyty: 8/10


środa, 18 lipca 2012

Wieczór z... The Cult.

Hmm, wracam po dłuższej przerwie (kilka dni spędzone na działce i nicnierobieniu) z nowym zapałem muzycznym i z góry przemyślaną ścieżką życia, która chcę iść. Ha, wiem, że to brzmi mega poważnie i w ogóle, ale obmyśliłam to podczas zbierania jagód. Zawsze ciągnęło mnie do dziennikarstwa, a już zwłaszcza w jakiejś znanej zagranicznej gazecie (może Times na początek?), w której mogliby docenić mój talent. Tym razem jednak wiem, że do mojej pasji pisania dołączyła także chęć zwiedzania świata i gruntownego zapoznania się z muzyką i jej początkami. Czemu by nie połączyć tego wszystkiego w jedną całość i podróżować po wielu zakątkach świata, pisząc do jakichś muzycznych gazet? Oceny płyt, wywiady ze znanymi i szanowanymi zespołami, odkrywanie nowych kapel, które chcą się wybić... To wszystko brzmi dla mnie jak nigdy niespełnione marzenie, ale kto wie? Może kiedyś mi się uda i będziecie mogli o mnie usłyszeć? Albo przynajmniej zobaczyć moje nazwisko w jakiejś ciekawej kolumnie gazety muzycznej? Zobaczymy, co przyniesie przyszłość.
W każdym razie moja lista zawiera jak na razie 61 pozycji wykonawców i zespołów, które pragnę przesłuchać, i zamierzam mocno się do tego przyłożyć. Plan jest taki, że ściągam po dwa albumy każdej pozycji, przesłuchuję, i jeśli na to zasłuży, to myślę o zaopatrzeniu się w pozostałe krążki grupy. Jeśli nie - usuwam z komputera i zapominam, proste.
________________________________________________________________________________
Dzisiaj na obiekt zainteresowania wybrałam stary, ale jary zespół - The Cult. Grupa, która powstała w 1983 roku, czyli wtedy, kiedy mnie jeszcze nie było na świecie, a nawet nie byłam jeszcze planowana, zajmuje się rockiem w wielu odmianach - od pięknych niemal gotyckich ballad przez prosty mocno gitarowy rock po heavy metal, jak podaje wikipedia. Co skłoniło mnie do zabrania się za właśnie ten zespół? Wywiad z gitarzystą, Billym Duffym, który twierdzi, że nowa płyta zespołu jest świetna. Cóż, zapragnęłam sprawdzić, czy muzyk ma rację, czy może zwyczajnie jest zbyt pewny siebie.
Wraz z Choice of Weapon wzięłam się również za jedną z pierwszych płyt zespołu - Love (1985 r.).
Wrażenia po pierwszym odsłuchaniu? Wyśmienite! Zespół nadaje na tych samych falach co ja, a ich klimat totalnie mi odpowiada. Love to krążek pełen znakomitych kawałków, a nieczęsto zdarza się, by jakaś płyta spodobała mi się za pierwszym razem. Cóż, po tej właściwie zostałam wciśnięta w fotel. Nie pozostawało mi nic innego, jak tylko nie wyłączać i z rosnącym podekscytowaniem słuchać dalej. Nie potrafiłabym jeszcze rozróżnić poszczególnych piosenek, dwa odtworzenia to stanowczo za mało, zwłaszcza, jeśli zna się zespół niecały jeden dzień. Potrafię jednak powiedzieć, że za pierwszym razem szczególnie w pamięć wryło mi się Black Angel, Nirvana, Rain. Zobaczymy, jak będzie po dłuższym zaznajomieniu się z płytą.
Choice of Weapon, jak sam Billy Duffy powiedział, jest jakby powrotem starego The Cult. Zastanawiam się teraz, czy to znaczy, że albumy w późniejszej twórczości zespołu odbiegały od tego, czym była ich muzyka na początku. Musiałabym zaznajomić się z pozostałymi płytami, a na to potrzeba czasu. W każdym razie Choice of Weapon, jak na pierwszy raz, robi na mnie o wiele mniejsze wrażenie niż Love, nie jest bynajmniej słabym albumem. Wręcz przeciwnie - również zawiera mnóstwo wspaniałych piosenek w bardzo podobnym klimacie. Chyba muszę jednak odtworzyć je jeszcze kilka razy, by docenić je bardziej.
Cóż, jak mówiłam, nie da się ocenić albumu po jednym czy dwóch odtworzeniach. Miałam jednak szczęście, że The Cult wyjątkowo przypadło mi do gustu natychmiastowo. Inaczej się sprawa miała z Alice Cooper, Sex Pistols czy innymi znanymi pozycjami. Jak na razie, jedyne, czego mi trzeba, to czas - czas, który udowodni, co tak naprawdę cenię sobie bardzo, a co powinno wylądować w koszu. Mam nadzieję, że zdążę jeszcze poznać wszystkie płyty The Cult tylko i wyłącznie z dobrej strony. : )
Jutro postaram się ocenić polski zespół - Dianoya - robię tu mały wyjątek, bo nie słucham polskiej muzyki. W każdym razie zaintrygowali mnie i postanowiłam sprawdzić ich muzykę, zwłaszcza że przekonali mnie ciekawym opisem nowej płyty. Tu problemu nie ma - chłopcy mają, o ile jestem dobrze poinformowana, tylko dwa krążki. Roboty więc zbyt wiele nie mam...

niedziela, 8 lipca 2012

Mesutowo.

 
NIC WIĘCEJ MÓWIĆ NIE MUSZĘ.
Dziewczyny doskonale wiedzą, o co chodzi, to wystarczy. :D Podmiot naszego zainteresowania, czyli Mesut Oezil, to miszcz i wielki kochanek Fresy. Tyle w temacie. Teraz rozkoszujmy się zdjęciami i gifami. xD


Aha, rozumiem. Modlitwa do Niebios pomoże.

O kurde. Spójrzcie na tę pozę i tego fejsa. I jak tu można go nie kochać? xD

      
Musiałam. Nutella Forever. <3


A tu jak gotuje dla Fresy.  


Ojojoj, lekki wnerw. ;o

'Och, skarbie, znowu zjadłaś nutellę?' - do Fresy oczywiście. *u*
 
Ukochany strój Fresy. :D

WTF?! xDD
Dobra, koniec spamu Oezilem. Paczajcie i podziwiajcie.
Na pożegnanie oczko od Oezila. <3